Stasiu dorósł i nawet się ożenił…
– Jak ci jest Stasiu?
– Fatalnie mamo, wolałem być dzieckiem.
– Dlaczego?
– Jak byłem mały i chciałem herbatę to dostawałem, chciałem kompot, też był, chciałem wody to była, a teraz! Cały dzień mogę płakać, krzyczeć i nikt mi nawet piwa nie przyniesie.

Pijany facet spotyka kumpla…
– Szszzanowni pańsstwo urodziły mi się bliźniaki!
– Gratuluje, ale dlaczego mówisz do mnie „państwo” jak jestem sam?
– Taak?! to ja jeszczsze raz pójdę sprawdzić, może to nie bliźniaki….

W raju trzy duszyczki siedzą nad strumykiem piwa, popijają sobie i leniuchują. Nagle z krzaków wypada czwarta i prosi:
– Dajcie mi kufelek piwka.
Wypija i szybko znika w krzakach.
Po pół godzinie znów się pojawia i prosi o kufelek.
– Masz, pij tego nie zabraknie, usiądź z nami i wyluzuj…
– Na razie nie mogę, jestem jeszcze na reanimacji.

Jeden dzień z domowej kwarantanny….

Kwarantanna, dzień chuj wie który…. Otwieram oczy… znów ten sam sufit w sypialni. Po lewej stronie na północny-zachód jest nanomilimetrowy odprysk farby. Jak będzie więcej WOLNEGO CZASU, to poproszę męża, aby to zamalował. Co się teraz będzie przemęczał.

Wstać czy nie wstać z wyra…. Chyba wstanę, bo jak nie to pędraki i tak przylezą, że są głodne i żeby zrobić im omlety. Nie wiem dlaczego one tyle jedzą. Przecież ostatnio odchodzi się od jedzenia.

Biorę telefon do ręki, żeby zobaczyć co się dzieje na świecie, a tu apka Samsung health pisze do mnie słowami: „A może spacer?”. No jebana ma tupet! Chyba ją podam do sądu o nękanie.

Wstając z łóżka potykam się o własne włosy na nogach nucąc pod nosem piosenkę Sławomira „Ty mała znów zarosłaś”. Na szczęście dzisiaj online jest kurs zaplatania francuskiego warkocza na nogach. Ledwo się zdążyłam zapisać tyle było chętnych. Zawsze to jakaś nowa umiejętność.

Apropos zajęć w sieci to na początku uwięzienia nas w domu podchodziłam euforycznie do każdej aktywności. Pilates, stretching, pole dance na lampie stojącej, chodzenie do kibla szpagatami, predykcja cech fonotypowych i salsa którą kocham. Pod 3 tygodniach tańczę lepiej niż całe pokolenie Fidela Castro. Obecnie entuzjazm już opadł tak jak i pewnie moje pośladki i biorę udział tylko w tych praktycznych zajęciach. We wtorki mam warsztaty jak zajebać komuś przez internet a w piątki kurs dziergania domowej szubienicy. Tą ostatnią już niedługo kończę i będziemy testować zwłaszcza, że dzieci ostatnio już przeszły z delikatnego szturchania się na walki MMA. Już nawet „ Jak się nie uspokoicie to macie zakaz grania w Minecrafta” niewiele pomaga.

Zaglądam do lodówki i mówię „Nie ma mleka”. To był błąd, że powiedziałam to głośno. Wzrok mojego męża spotyka się z moim. – „Ja pójdę”, „Nie, ja pójdę”, „Nie, ja pójdę, Ty byłeś wczoraj wieczorem!” – przekrzykujemy się. Trwa walka o wyjście do sklepu jak o zjedzenie ostatniej pistacji. Kto pierwszy będzie w przedpokoju, kto pierwszy włoży buty. Gryzę go w łydkę, on się przewraca, ale zabiera mi obuwie. Chuj, pójdę bez. Wpadam na ścianę, w ręku mam kępkę jego włosów. Przynajmniej nie będzie musiał iść do fryzjera, który i tak jest zamknięty. On ma na czole głęboką ranę szarpaną. Ja siniaki pod okiem. Mój korpus już jest na klatce schodowej, jeszcze tylko nogi! Uff udało się, dzisiaj do sklepu pójdę ja. Grunt, żeby się umieć między sobą dogadać….

Po południu codziennie o tej samej porze jak z zegarkiem w ręku słyszę – „Mamo co na obiad?”. Parę dni temu słysząc to hasło opanowałam do perfekcji omdlenie na zawołanie. Dzięki temu odpada mi jeden posiłek, bo dzieciom robi się mnie szkoda i mówią, że już nie są głodne. Da się ? Da !

Ostatnio poprosiłam męża, żeby ciszej mrugał. Ten dźwięk przeszywa mój mózg. Jestem jakoś wyjątkowo wrażliwa.

Wieczorem melodia z „Na Wspólnej” mi podpowiada, że czas się przebrać z piżamy dziennej w piżamę nocną. Ale od piątku już nie ma serialu ,więc zaczęło mi się to pierdolić. W związku z tym kupiłam sobie taką uniwersalną dzienno-nocną podomkę i już w ogóle mam spokój! Pod koniec tygodnia mężu mi ją oskrobuje jak nie mogę jej zdjąć.

I tak mijają sobie kolejne spokojnie, bez stresu dni w naszym domowym zaciszu, w miłości i wzajemnym zrozumieniu….

Jedzie rycerz wzdłuż rzeki. Widzi jak rybak wyławia złota rybkę.
Zabija rybaka, a rybka do niego:
– Wypuść mnie a spełnię Twoje trzy życzenia. Rycerz na to:
– Kur’wa, chce być nieśmiertelny…
Rybka:
– Jesteś nieśmiertelny.
– Chce…. żeby mój koń był nieśmiertelny!
– Twój koń jest nieśmiertelny.
– Chce….. hmmmmmm…. chce mieć genitalia jak mój koń!
– Masz genitalia jak twój koń.
Rycerz wraca na swój dwór, a tam naprzeciw wybiega mu jego wierny giermek (z wiejskim akcentem): – Ło panie, panie! Gdzieżeś ty był!?! Jom żem siem ło Ciebie tak zaje’biście martwił
Rycerz:
– Nie pier’dol mi tu głupot tylko weź topór i walnij mnie nim w głowę.
– Nie panie, nie! Jom mógłbym ciem zaje’biście zabić!
– Walnij mnie bo ja cię walne!
– No dobrze.
Giermek wziął zamach, uderzył…
– Łooooooo, panie….. jak Ty jesteś zaje’biście nieśmiertelny!
– To jeszcze nic. Walnij mojego konia!
– Ło panie! Twój koń też jest zaje’biście nieśmiertelny!
– To jeszcze nic, hehehe. Patrz tylko na to!
Rycerz otwiera klapkę w zbroi i pokazuje zawartość giermkowi.
Giermek:
– Łoooooooo Panie! Jaka zaje’bista ci’pa!

Wraca facet z delegacji i rozpisuje wydatki: na spanie – tyle, na benzynę – tyle, na jedzenie – tyle, kobieta – 200 zł.
Księgowy przegląda fakturę…
– Nie możemy napisać, że na kobietę wydałeś 200 zł, ale możemy to przepisać np. na wbijanie gwoździ…
– Dobra…
Facet wraca z kolejnej delegacji, rozpisuje wydatki – jedzenie – tyle, spanie – tyle, paliwo – tyle, wbijanie gwoździ 200 zł, remont młotka 500 zł…

Słońce nieśmiało wychyliło się zza widnokręgu, na źdźbłach trawy widać było szklące się perliście krople rosy w których odbijały się złociste refleksy, z pobliskiego brzozowego młodnika wyłonił się rączy młody jeleń. Przyroda budziła się do życia wraz z pierwszym promieniem słońca tego poranka….
Kur’wa, ale kicz – c’nie?

Pewnego dnia dozorca usłyszał wrzask w jego kamienicy. Podążając za odgłosami dotarł do rodzącej kobiety.
– Pomóż mi! Ono już wychodzi! – wyjęczała kobieta, ale dozorca stał jak wryty i nie wiedział co robić. Ona widząc jego nieporadność tłumaczy mu:
– Kiedy zobaczysz główkę pociągnij ostrożnie.
Facet zobaczył główkę i udało mu się wyciągnąć małego chłopczyka. Kobieta trochę już spokojniej mówi:
– Złap go za kostki i daj klapsa.
Dozorca chwycił dziecko tak jak mu polecono, wymierzył siarczystego klapsa, później pogroził palcem i krzyknął do dziecka:
– I nie waż mi się więcej tam wchodzić!

Pani pyta dzieci w klasie:
– Co robią w pracy wasi ojcowie? Krysiu?
– Mój tatuś jest kierowcą autobusu.
– No ślicznie, a twój Kaziu?
– Mój jest hydraulikiem.
– No bardzo ładnie, bardzo ładnie. A twój tatuś Stasiu?
– Mój tatuś nie żyje.
– Bardzo mi przykro Stasiu – pociesz go pani – a co robił przed śmiercią?
– Charczał.

Chińczycy wylądowali na księżycu i zaczęli malować go na czerwono.
W USA panika…:
– Co robimy panie prezydencie?
– Nic!
Minęło pół roku i połowa księżyca była już czerwona
W USA:
– Zareagujemy jakoś panie prezydencie?
– Nie.
Po roku cały księżyc czerwony
W USA ogólne przygnębienie:
– I co teraz panie prezydencie?
– Wynajmijcie od ruskich rakietę i wyślijcie kilku chłopaków z białą farba, niech napiszą Coca-Cola.