Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz kolejną ofiarą wojny polsko-polskiej.

W niedzielę 13 stycznia wieczorem prezydent Gdańska Paweł Adamowicz został zaatakowany nożem w Gdańsku przez 27-letniego Stefana W., który podczas finału WOŚP wtargnął na scenę. 14 stycznia zmarł w wyniku odniesionych ran. Miał 53 lata, pozostawił żonę i dwie córki, 15 i 8 lat.

„Halo, halo! Nazywam się Stefan Wilmont. Siedziałem niewinny w więzieniu, Platforma Obywatelska mnie tam dokoptowała. Dlatego…” – krzyczał napastnik nim go zatrzymano.

A wszystko się zaczęło 15 kwietnia 2010, w 5 dni po katastrofie w Smoleńsku, wtedy przy chodniku Krakowskiego Przedmieścia stanął krzyż. Sprawa krzyża podzieliła środowisko polityczne, a konflikt w sprawie tego krzyża przerodził się z czasem w wojnę polsko-polską która trwa do dziś. Prezydent Gdańska jest kolejną ofiarą tej wojny.

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem
Polak Polakowi, potrafi wypruć flaki

Na narodowe pojednanie jednak się nie zanosi, partyjne media i politycy dokładają do pieca, bo w perspektywie wybory, kolejne finały o koryto.

Trzeba być gotowym, żeby w odpowiednim momencie podjąć decyzję o opuszczeniu UE.

Według raportu pracowni Estymator „Opinie Polaków o Unii Europejskiej”,
88,8 proc. uważa, że polityka UE służy bardziej Niemcom i Francji niż Polsce.
73,4 proc. osób oceniło, że Unia dąży do ograniczenia suwerenności Polski,
33,6 proc, że Polska może już wyjść UE, bo „więcej pieniędzy już od niej nie dostaniemy, a jeśli dostaniemy, to w zamian będą oczekiwać zbyt wiele”.

„Sceptycy są wyraźnie młodsi od entuzjastów (UE)” – podkreślili autorzy raportu. „Odsetek osób w wieku od 18 do 39 lat wynosi wśród sceptyków aż 42,8 proc., podczas gdy wśród entuzjastów jedynie 26,2 proc. Wynika z tego, że z czasem odsetek sceptyków będzie się wśród Polaków systematycznie powiększał” – można przeczytać w raporcie.

Z badań Estymatora dot. preferencji partyjnych wynika, że w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego PiS może liczyć na 35,4 proc. głosów, PO na 29,8 proc, SLD na 11,7 proc. Na kolejnych miejscach są Kukiz’15 (6,5 proc.), PSL (6,2 proc.), Nowoczesna (5 proc.), Partia Razem (2,4 proc.), Wolność (1,9 proc.) i Ruch Narodowy (1,1 proc.).

Autorzy raportu zwrócili uwagę na „znaczące różnice” wśród eurosceptyków i euroentuzjastów. „Wśród sceptyków jest bardzo znaczny odsetek zwolenników PiS (63,5 proc.) oraz partii Kukiz’15 (10,4 proc.). Natomiast wśród entuzjastów najwięcej osób popiera PO (37,7 proc.), ale na drugim miejscu w tej zbiorowości mamy osoby popierające PiS (26,5 proc.)” – czytamy.

Autorzy raportu zwrócili także uwagę, że „o ile wśród sceptyków obie strony obecnego politycznego sporu są reprezentowane bardzo różnie: PiS – 63,5 proc./ PO – 5,4 proc., to wśród entuzjastów proporcje te są zdecydowanie bardziej wyrównane: PiS – 26,5 proc./ PO – 37,7 proc.

Pracownia Estymator przeprowadziła badania na zlecenie europosła Sośnierza w drugiej połowie listopada 2018 roku, wśród 1500 dorosłych osób.

Jeżeli przedstawimy prawdziwe informacje o tym, jakie są rzeczywiste nasze koszty uczestnictwa w Unii, jaki jest bilans zysków i strat, to już w tej chwili 1/3 ludzi jest w stanie zagłosować za wyjściem z Unii Europejskiej – podkreślił podczas konferencji prasowej w Sejmie europoseł partii Wolność Dobromir Sośnierz.

W jego ocenie „będzie to rosło”, gdyż – jak mówił: – Wyżyny euroentuzjastów są w grupach najstarszych wiekowo, a im młodsze pokolenie, tym więcej jest przeciwników Unii.

Sośnierz zaznaczył, że dla starszych ludzi, którzy „wyrośli w komunie”, Unia była „rajem obiecanym”. – Oni nie zauważyli, że Unia skręciła w kierunku, który coraz bardziej upodabnia ją do Związku Sowieckiego – dodał polityk.

Sośnierz zwrócił także uwagę, że Polacy często nie wiedzą czym zajmują się instytucje Unii Europejskiej, a wielu badanych uważa, że organy te „nie mają wpływu na ich życie”. Według raportu sądzi tak 30 proc. respondentów. To „bardzo wysoki odsetek” – ocenili autorzy publikacji.

Wiceprezes partii Wolność zwrócił uwagę, że – według raportu – 76,6 proc. badanych sprzeciwia się polityce „otwartych drzwi dla imigrantów ekonomicznych obcych nam kulturowo”. Wskazał też na sprzeciw 74,9 proc. badanych wobec „dążenia do stworzenia z UE jednego państwa z władzą centralną, własnymi podatkami i armią, kosztem suwerenności państw narodowych tworzących dzisiaj Unię Europejską”. Taki wyniki świadczy o tym, że „przytłaczająca większość euroentuzjastów nie zgadza się z głównymi postulatami, realizowanymi obecnie bardzo prężnie w Unii Europejskiej”.

Unia Europejska jest biurokratycznym potworkiem, który obciąża gospodarkę całej Unii, każdego z krajów europejskich z osobna, z każdym rokiem będą rosły koszty obecności Polski i obecności wszystkich pozostałych krajów w Unii Europejskiej. Europa już w tej chwili zostaje w tyle za Chinami, za Stanami Zjednoczonymi traci swoją prowadzącą rolę w świecie – oświadczył polityk RN.

W jego ocenie trzeba być gotowym, żeby w odpowiednim momencie podjąć decyzję o opuszczeniu Unii.
media

Wszystko rozstrzygną tegoroczne majowe wybory do parlamentu UE. Jeśli nie nastąpią przetasowania i idące z tym reformy, to UE w dotychczasowej formie będzie nie do przyjęcia. Natura nie znosi próżni i ci co opuszczą UE zjednoczą się wokół nowej idei. Czy to może być szansa dla nas?

Wyborcy PiS chcą wiedzieć; ile razy trzeba wstać z kolan aby zarabiać takie pieniądze…

Senator PiS, Jan Maria Jackowski, opublikował na swojej stronie „Oświadczenie do Prezesa Narodowego Banku Polskiego”, w którym zadaje Adamowi Glapińskiemu dwa pytania. Zdaniem senatora, kwestia zarobków współpracowniczek prezesa NBP, zbulwersowała jego wyborców.

  1. Czy prawda jest, że jedna z współpracowniczek Pana Prezesa zarabia 65 tysięcy zł. Miesięcznie. Jeżeli nie jest to prawdą, to jakie zarobki miesięcznie z uwzględnieniem wszystkich pochodnych osiąga ta osoba w NBP.
  2. Jaki jest zakres obowiązków wzmiankowanej współpracowniczki i jakie posiada kwalifikacje merytoryczne by realizować te zadania.
    media

Pod koniec grudnia 2018 r. „Gazeta Wyborcza” napisała o dwóch współpracownicach prezesa NBP Adama Glapińskiego – szefowej departamentu komunikacji i promocji Martynie Wojciechowskiej oraz dyrektorce gabinetu prezesa NBP Kamili Sukiennik. Ujawniono wówczas, że zarobki Martyny Wojciechowskiej wynoszą ok. 65 tys. zł, czemu sam bank zaprzeczył.

Wyborcy Pis chcą wiedzieć; ile razy trzeba wstać z kolan aby zarabiać takie pieniądze… Wszyscy chcą wiedzieć…

Czy ktoś w PiS wie, ile dokładnie zarabia prezes Glapiński? Mówią natomiast, że z NBP zrobił prywatny folwark.

Społeczeństwo oczekuje skromności i ta skromność będzie wprowadzona. Sieci klientystyczne, kliki różnego rodzaju, nepotyzm – to nie jest istota demokracji. To jest patologia demokracji. Korupcja, nepotyzm i kolesiostwo rozlały się po Polsce w rozmiarach wcześniej nieznanych – to słowa Jarosława Kaczyńskiego wypowiadane przy różnych okazjach i po wielokroć.

No to czekamy na sprawiedliwość Jarosława…

Znachor, samozwańczy „profesor medycyny naturalnej”, babcia-zielarka i bioterapeuta.

Szarlataństwo się opłaca – wynika z raportu na temat zarobków uzdrowicieli, wróżek i wróżbitów.

Rozchwytywany wróżbita w jeden dzień jest w stanie zarobić więcej niż wynosi miesięczne minimalne wynagrodzenie. Konsultacja czy odprawienie rytuału kosztuje nawet ponad tysiąc złotych.

We wróżby, według danych CBOS, wierzy około 60 proc. Polaków. Zazwyczaj nasza aktywność w tym temacie kończy się na przeczytaniu horoskopu w gazecie. W praktyce biznes ten jest znacznie bardziej pojemny i co za tym idzie – całkiem dochodowy.

Średnio 4 zł netto za minutę – to stawka telewizyjnych wróżek i wróżbitów. Najpopularniejsi w godzinę są w stanie zarobić ponad 200 zł. Tradycyjny 8-godzinny dzień pracy może się więc zakończyć nawet 1600 zł zysku netto. To więcej niż minimalne miesięczne wynagrodzenie. Oczywiście cała kwota nie trafia do rąk wróżki, ale pokazuje ogromny potencjał dochodu. Stacja telewizyjna rocznie z produkcji tego typu programów jest w stanie zarobić kilkadziesiąt milionów złotych.

Zyskami nie muszą się dzielić najpopularniejsi Polscy „czarodzieje”. Maciej Skrzątek, znany powszechnie jako Wróżbita Maciej, od 2007 roku ma swoją własną firmę wpisaną do KRS. Za 30- minutową konsultację inkasuje 350 zł. W wersji VIP (realizowanej w pierwszej kolejności) za pół godziny bierze 1000 zł.

Śladem Wróżbity Macieja, zachęceni ogromnymi zarobkami, idą inni. Wśród najczęściej wyszukiwanych w internecie wróżek i wróżbitów są Wróżka Oriana, Sybilla, Merkurja czy Tarocista Adrian.

Przykładowe stawki z cenników najpopularniejszych wróżbitów za konsultację:
Wróżbita Maciej – 200-1000 zł
Merkurja 200-250 zł
Wróżka Oriana – 200 – 500 zł
Tarocista Adrian – 200 zł
Tarocistka Anna Świerczewska – 200 zł
źródło: money.pl

Wszyscy za pojedynczą konsultację biorą co najmniej 200 zł. Oczywiście mowa tu o najprostszej prognozie. Zakres usług na rynku ezoterycznym jest jednak znacznie szerszy. Najdroższe są rytuały. Dzięki nim można rzekomo ochronić człowieka przed negatywnymi wydarzeniami. Cały ceremoniał może kosztować nawet 1,5 tys. zł. Około 600 zł wydamy na rzucenie klątwy na naszego wroga.

Wbrew pozorom z usług wróżek korzystają nie tylko osoby indywidualne. Przepowiednie kuszą też firmy. Tarocistka Anna Świerczewska przyznaje, że najprostsze wróżby nie dają wielkich zysków. – Już nie zajmuję się wróżbami andrzejkowymi i tego typu imprezami. Prowadzę doradztwo skierowane do biznesu. Mowa o międzynarodowych biznesmenach, firmach i dużych korporacjach – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską. Tarocistka nie zdradza jednak, komu miała możliwość przepowiadać przyszłość. – To większa tajemnica niż u księdza i lekarza – zastrzega.

Ilu jest w Polsce wróżbitów? Rynek w dużej mierze jest niekontrolowany. Samozwańczych przepowiadaczy przyszłości może być nawet 100 tys. Tych jednak lepiej się wystrzegać. Są też zawodowi, rejestrowani wróżbici. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej w swojej bazie uwzględnia „wróżbitę” jako zawód (kod w klasyfikacji zawodów i specjalności – 516102), zaraz obok astrologa.

Przepowiadanie przyszłości się opłaca – wynika z raportu Sedlak & Sedlak i sondażu OBOP na temat zarobków wróżek i wróżbitów.

Za jeden rytuał typu urok miłosny współczesna czarownica może zainkasować nawet 600 zł, a za klątwę około 400 zł. Co ciekawe, uzdrawianie kosztuje nieco mniej, bo 300 zł, a za godzinę odkrywania przed klientem przyszłości trzeba zapłacić do 170 zł.

Są też bardziej nietypowe usługi, jak np. wybór imienia dla dziecka (do 150 zł), pomoc w wyborze partnera życiowego (do 300 zł), wybór nazwy firmy (ok 220 zł) lub oczyszczenie danego miejsca ze złych energii (do 440 zł). A ponieważ według OBOP aż 60 proc. Polaków wierzy w przepowiednie i wróżby, jasnowidzący najwyraźniej nie mają problemu z tym, by związać koniec z końcem.
media

Wraz z kryzysem wiary w rozum i medycynę zaczynają się odradzać… średniowiecze i tylko inkwizycji jeszcze brakuje…

Zarobkowy emigrant Donald Tusk nie jest reprezentantem Polski w UE?

W marcu 2017 r. przywódcy państw UE ponownie wybrali Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej. Decyzja zapadła w głosowaniu na szczycie UE w Brukseli. Przeciwko Tuskowi wypowiedziała się tylko ówczesna polska premier Beata Szydło. Polski rząd zgłosił innego kandydata na stanowisko szefa Rady Europejskiej, europosła Jacka Saryusz-Wolskiego, który był jedynym formalnie zgłoszonym kontrkandydatem Tuska.

Szef MSZ 4 stycznia był pytany m.in., jak dziś Donald Tusk jest postrzegany przez rząd. Czaputowicz mówił, że ostatnio pytał go o to Wolfgang Schaeuble, przewodniczący Bundestagu. Potwierdziłem, że nie kwestionujemy legitymacji Donalda Tuska, nie uznajemy go jednak za przedstawiciela Polski. W wyborach zgłosiliśmy przecież Jacka Saryusz-Wolskiego – powiedział szef MSZ.

Na uwagę, że „kilka godzin przed szczytem wybór Tuska – w wystąpieniu w Bundestagu – zapowiedziała Angela Merkel”, Czaputowicz zauważył, że „z tego by wynikało, że był on reprezentantem Niemiec, choć może nieformalnym”. Wybór był legalny, jednak bardzo wątpliwy etycznie. Po raz pierwsze wybrano inną osobę z danego państwa, niż była wskazana przez rząd. Nie przypominam też sobie, by to się kiedykolwiek zdarzyło w jakiejś organizacji międzynarodowej – stwierdził Czaputowicz.

W sobotę 5 stycznia, w rozmowie tłumaczył swoją wypowiedź. Powiedziałem tak w wywiadzie mając na myśli, że jest nieformalnym reprezentantem Niemiec. No, nie jest reprezentantem Polski w tym sensie, że Polska miała swojego kandydata – Jacka Saryusza-Wolskiego. Decyzja została podjęta inna przez przywództwo państw, uznajemy to. Donald Tusk został wybrany w sposób legalny, natomiast na pewno nie jest reprezentantem Polski – mówił minister.

Dopytywany, czyim w takim razie kandydatem był Tusk, Czaputowicz stwierdził, że „jest to dobre pytanie”. Znamy wynik głosowania. Wiemy, że pani kanclerz Angela Merkel była w Warszawie, rozmawiała z prezesem (PiS Jarosławem) Kaczyńskim na temat poparcia dla Donalda Tuska, tego poparcia nie uzyskała, prowadziła inne działania. Myślę, że to był główny czynnik, który zadecydował o wyborze Donalda Tuska wbrew stanowisku Polski, bo to jest dla nas istotne – odparł Czaputowicz.

Natomiast ja myślę, że ta kwestia powinna być wyjaśniona przez samego Donalda Tuska. Warto, by dziennikarze go zapytali, czyim reprezentantem on jest. Jak doszło do tego wybory, jakie były drogi dochodzenia do jego decyzji, żeby zgodzić się na kandydowanie wbrew kandydatowi naszego kraju – dodał minister.
media

Może się to nie podobać, ale z braku innych dowodów, Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej z ramienia Niemiec. A to już podchodzi pod mafijne układy…

Ponad 2 kg – tyle przeciętny Polak spożywa w ciągu roku dodatków do żywności oznaczonych różnego rodzaju „E”. Brakuje właściwego nadzoru nad ich stosowaniem – alarmuje NIK.

Z najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że inspekcje nie badają każdorazowo wszystkich dodatków znajdujących się w produktach. Nie weryfikują dokładnie, czy to co napisane jest na opakowaniu zgadza się z tym, co jest w środku. Dodatkowo sprawdza się jedynie limity danego „E” w produkcie, nie biorąc pod uwagę ich kumulacji w codziennej diecie i jak to może wpływać na zdrowie. Z badania NIK wynika, że w jednym dniu można przyswoić nawet 85 różnych E.

Jak pisze NIK w raporcie, w Polsce, podobnie jak w innych krajach rozwiniętych, ok. 70 proc. diety przeciętnego konsumenta stanowi żywność przetworzona w warunkach przemysłowych, zawierająca substancje dodatkowe. Są to substancje, które w normalnych warunkach nie są spożywane same jako żywność i nie są stosowane jako charakterystyczny składnik żywności.

Dodaje się je po to, aby zapobiec niekorzystnym zmianom smaku, barwy, zapachu, wydłużyć okres trwałości, zwiększyć atrakcyjność wyrobu, umożliwić tworzenie nowych produktów, np. typu „light”, ale także po to, by zwiększyć efektywność procesu produkcyjnego.

Aktualnie dopuszczonych do stosowania w żywności jest ponad 330 dodatków, które w produktach spożywczych mogą pełnić 27 różnych funkcji technologicznych. Są to m.in. konserwanty, barwniki, wzmacniacze smaku, przeciwutleniacze, emulgatory, czy stabilizatory. Zawiera je coraz więcej produktów. Przeciętny konsument spożywa w ciągu roku ok. 2 kg substancji dodatkowych.

Producenci żywności, instytucje kontrolujące ich działalność i instytuty naukowe, zgodnie twierdzą, że dodatki do żywności stosowane zgodnie z obowiązującymi przepisami nie stanowią zagrożenia dla zdrowia konsumenta. Aby bowiem dana substancja dodatkowa została dopuszczona do żywności, musi posiadać ocenę bezpieczeństwa dla zdrowia dokonywaną przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA).

Jednak NIK zwraca uwagę, że przepisy prawa wymagają zapewnienia bezpieczeństwa tylko dla każdego z dodatków używanych osobno. W żaden sposób nie odnoszą się one do ryzyka wynikającego z kumulacji w żywności więcej niż jednego dodatku, czy ich zsumowania z różnych źródeł.
media

Co tu można powiedzieć, może jedynie „komuno wróć”, bo wtedy i normy były wyższe i E-gówna było o wiele, wiele mniej. Rak dziś zbiera śmiertelne żniwo prawie w każdej rodzinie, powód tej choroby to zwykle żywność z E dodatkami…

Władysław Kosiniak-Kamysz sondażowym faworytem wyborców opozycji na premiera.

Władysław Kosiniak-Kamysz jest tym politykiem opozycji, który powinien po wyborach w 2019 r. być jej kandydatem na premiera – wynika z badania IBRiS z 19 grudnia 2018 r.. W tym zestawieniu Grzegorz Schetyna znajduje się poza podium.

26 proc. na premiera chce lidera PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza,
16 proc. Roberta Biedronia i tyle samo na Pawła Kukiza,
10 proc. Grzegorza Schetynę,
4 proc. Katarzynę Lubnauer,
3 proc. Włodzimierza Czarzastego, przewodniczącego SLD.
Co czwarty badany nie ma w tej sprawie zdania.
media

Władysław Kosiniak-Kamysz, młody, wygadany, da się lubić, zupełne przeciwieństwo Schetyny. Co zrobić z wioskowym głupkiem Schetyną aby nie przeszkadzał?

Jarosław Kaczyński kończy 2018 rok jako najbardziej nielubiany polityk.

Najbardziej nielubianym politykiem jest prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. Ma on zdecydowanie największy negatywny elektorat bo aż 37% ludzi czuję do niego niechęć.

Na drugim miejscu znajduje się kolejny lider drugiej największej partii politycznej w kraju. Grzegorz Schetyna lider Platformy Obywatelskiej, z wynikiem 11% jest drugim najmniej lubianym politykiem kraju.

Najbardziej lubianymi politykami również są politycy PiS i |PO.

Pierwsze miejsce Mateusza Morawieckiego jest odzwierciedleniem nadziei, jakie wiążą Polacy z premierem i jego rządem.

Drugie miejsce zajmuje emigrant zarobkowy Donald Tusk, wspominany z nostalgią przez wyborców lewicowych i liberalnych jak PRL przez popegeerowskich emerytów.

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Badań Pollster w dniach 29-30 listopada 2018 roku metodą CAWI na próbie 1098 dorosłych Polaków.
media

Żaden z wyżej wymienionych nie jest w moim typie. Czas skończyć z epoką styropianowych dinozaurów…

Ważny wyrok WSA w sprawie bezterminowego prawa jazdy.

Prawo jazdy zdobyłeś jako bezterminowe, ale po wymianie blankietu pojawiła się data ważności przyznanych uprawnień? Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie rozwiązał problem i wydał w tej sprawie ważne dla tysięcy polskich kierowców orzeczenie…

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie zajmujący się skargą uznał taki wpis za bezskuteczny.

W wydanym wyroku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie stwierdził bezskuteczność wpisu daty ważności uprawnienia w rubryce 11 prawa jazdy kat. B. Wpisanie w ten dokument terminu ważności uprawnienia nie powoduje utraty bezterminowego charakteru uprawnień do kierowania pojazdami – podkreślił sąd.

Sygn. akt III SA/Kr 380/18

Od 1 października 2018 r. dowód rejestracyjny i OC może zostać w domu.

Obowiązek posiadania przy sobie dowodu rejestracyjnego i polisy OC znosi przygotowana przez ministerstwo cyfryzacji nowela ustawy Prawo o ruchu drogowym. Jak podkreślał szef MC na takie zmiany „czeka wielu kierowców”. Przepisy zaczną obowiązywać od 1 października.

Ministerstwo zaznaczyło w komunikacie, że podczas kontroli drogowej uprawnione służby sprawdzą dane w bazie Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPiK), gdzie znajdują się informacje o pojeździe i o polisie OC.

Nie ma z tym żadnego problemu, takie dane jesteśmy w stanie sprawdzić w każdej chwili – przekonuje rzecznik z Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji. Dodaje, że od poniedziałku 1 października policjanci nie będą już mieli podstaw, by żądać okazania dowodu rejestracyjnego i policy OC.

Jeśli policjant podczas kontroli stwierdzi, że pojazd nie ma badań technicznych, bądź jest niesprawny z różnych przyczyn, to zaznaczy to w systemie, a system przekaże tę informację do organu, który wydał dokument. Zasady zatrzymania dowodu rejestracyjnego pozostają takie same, tyle tylko, że dokument jest wirtualny – mówi rzecznik policji.

Kierowca, którego dowód rejestracyjny zostanie w ten sposób zatrzymany otrzyma pokwitowanie tak, jak to miało miejsce do tej pory.

Według KGP w razie kolizji – wbrew pojawiającym się w mediach informacjom – jej uczestnicy nie będą musieli każdorazowo wzywać na miejsce policji. Każdy kierowca, który spowodował kolizję – jak podkreśla policja – ma bowiem obowiązek przekazania danych niezbędnych do wypłaty ubezpieczenia.

  • Prawo o ruchu drogowym nakłada obowiązek wymiany między sobą danych personalnych dotyczących uprawnień i danych dotyczących ubezpieczenia pojazdu. Osoba, która odmówi podania takich danych uczestnikowi zdarzenia naraża się na odpowiedzialność za niewypełnienie tego obowiązku i to bez względu na to, czy chodzi o wypadek, czy kolizję drogową – mówi rzecznik.

Dodał, że w razie wątpliwości każdy może sprawdzić ubezpieczenie samochodu wpisując numery jego tablic rejestracyjnych na stronie Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. „To naturalne, że społeczeństwo ma obawę, bo nie ma w ręku dokumentów na dany samochód. Musimy się przyzwyczaić do tego, że ten system działa” – mówi.

Ministerstwo Cyfryzacji przypomniało w komunikacie, że dowód rejestracyjny w dalszym ciągu pozostaje obowiązującym dokumentem niezbędnym przy załatwianiu formalności m.in. w Stacjach Kontroli Pojazdów, przy sprzedaży auta lub wyjeździe zagranicznym, zaś właściciele pojazdów nadal mają obowiązek posiadania ubezpieczenia OC.
media

Idzie nowe. Nowe jest lepsze od starego?