Wydawałoby się, że problem amerykańskiej stonki dawno mamy już za sobą, propaganda jednak stała się prawdą…

30 maja 1950 roku samoloty amerykańskie, naruszając ustalone strefy lotów, zrzuciły nocą ogromną ilość stonki ziemniaczanej w okolicach Zwickau, Werdau, Liechtentanne, Eisenstock i Berndorf.

Tak Amerykanie zostali sprawcami wszystkich ziemniaczanych problemów.

Pierwsze informacje o amerykańskim sabotażu pojawiły się w ostatnich dniach maja na łamach Trybuny Ludu. Stamtąd stopniowo przeniknęły do innych tytułów prasowych.

Początkowo informacje nie pozostawiają cienia wątpliwości, że zrzuty miały miejsce. W Trybunie Ludu pisało: „z kół dobrze poinformowanych komunikują, że amerykański sztab generalny powołał komisje do zbadania dlaczego zbrodnia ta tak szybko została ujawniona.”. Wysocy urzędnicy amerykańscy także potwierdzali swoją winę. Mieli przyznać, „że rząd Stanów Zjednoczonych przygotowuje wojnę bakteriologiczną. W maju 1950 zastosowano pierwszą próbę: samoloty amerykańskie zrzuciły stonkę ziemniaczaną na pola NRD.”

Prasa znalazła nawet bezpośredniego świadka tej zbrodni. „Fakt zrzutu stonki potwierdził wzięty do niewoli w Korei lotnik amerykański Robert Hilard, który – jak zeznał – brał udział w zrzucaniu stonki ziemniaczanej na obszar NRD.”

Wydawałoby się, ze problem stonki dawno mamy już za sobą. Dzisiejsze nastolatki muszą zadać sobie sporo trudu aby znaleźć i rozpoznać żółtego, pasiastego chrząszcza przemierzającego powoli liście ziemniaków.

Spotkanie z różowopomarańczową niezgrabną larwą wydaje się jeszcze rzadsze i trudniejsze niż natknięcie się na dorosły okaz straszliwego, żarłocznego szkodnika. A jeszcze pół wieku temu ówcześni uczniowie zaopatrzeni w słoiki całymi klasami przeczesywali plantacje aby w ramach czynów społecznych lub akcji zwalczania szkodnika wybierać ręcznie, owada po owadzie spomiędzy pędów, liści i kwiatów ziemniaków. W ogromnych ilościach, na sztuki i na wagę, wywożono z pól wszystkie stadia rozwojowe żuka z Kolorado i niszczono bezlitośnie i bezwzględnie.

Dziś, na skutek stosowania środków owadobójczych, spotyka się z rzadka pojedyncze osobniki, rozpoznawalne głównie dla tych, którzy swego czasu zmiatali pokolenia stonki z ziemniaczanych plantacji.

Wydawałoby się więc, że problem stonki przeszedł do historii, także tej politycznej, gdy tymczasem notuje się nawrót problemu… Na europejskie pola wkracza szturmem stonka kukurydziana. Dziś już nikt nawet nie próbuje zaprzeczać, iż przyleciała „amerykańskimi liniami lotniczymi”.

Przybycie amerykańskiej stonki kukurydzianej wiąże się z udziałem amerykanów w działaniach wojennych na Bałkanach.

Podobnie, jak jej poprzedniczka, czyni ogromne spustoszenie w uprawach, a dzieje się to niemal niedostrzegalnie, gdyż jej larwy żyją w ziemi i w ukryciu podgryzają korzenie roślin. Że coś jest nie tak widać dopiero wówczas, gdy pozbawiona podpory roślina zwala się na ziemię.
media

Można się z tego śmiać, ale czy poza wojnami z ameryki dociera coś dobrego? Stonka to i tak mały pikuś przy tym co USA wyprawia dziś…

Cywilizacje pozaziemskie mogły same się unicestwić i dlatego nie możemy się z nimi skontaktować.

Możemy nie być w stanie skontaktować się z przedstawicielami cywilizacji pozaziemskich, bo wszyscy mogli już wymrzeć. To samo może spotkać ludzkość.

Ludzkość podąża niebezpieczną ścieżką. Stworzyliśmy broń zdolną do zmiecenia z powierzchni Ziemi całych miast, a przy tym zmieniamy klimat naszej planety bez rozważania przyszłych konsekwencji.

Według naukowców podobne zachowania mogły doprowadzić do upadku zaawansowanych ras cywilizacji pozaziemskich w naszej galaktyce. To z kolei może pomóc wyjaśnić, dlaczego jeszcze nie udało nam się skontaktować z obcymi.

Jedną z możliwości jest to, że obce cywilizacje mogły się zachowywać dokładnie tak samo jak my. To sprawia, że należy je uważać za krótkotrwałe. Myślą krótko i produkują technologie, które ostatecznie je zabijają – powiedział Avi Loeb, astronom z Uniwersytetu Harvarda.

Loeb wyjaśnił, że poszukiwanie cywilizacji pozaziemskich powinno być na tyle szerokie, by namierzać artefakty pozostawione przez obcych, takie jak spalone powierzchnie planet czy produkty wojen nuklearnych. Takie znalezisko byłoby prawdopodobnie największym odkryciem wszech czasów i mogłoby przyczynić się do „nawrócenia” ludzkości na właściwą drogę.

Chodzi o to, że dzięki takim obserwacjom możemy się czegoś nauczyć. Możemy nauczyć się lepiej zachowywać między sobą, nie inicjować wojen nuklearnych oraz dbać o naszą planetę, by jak najdłużej nadawała się do zamieszkania – powiedział Loeb.
media

Jeżeli nie można udowodnić, że coś jest ani, że tego nie ma, to bardziej to jest, czy bardziej tego nie ma?

A jak żyjemy w Matriksie? Fizycy podobno mają na to dowody.

Przebiegunowanie Ziemi – mało wiemy i mało rozumiemy…

Aby nastąpiło przebiegunowanie, pole magnetyczne musi osłabnąć o około 90 proc. Proces ten może trwać nawet przez tysiące lat, a w tym czasie Ziemia traci swoją ochronę magnetyczną i jest bombardowana zabójczym promieniowaniem kosmicznym. Promienie te zderzają się z coraz większą liczbą atomów, takich jak azot i tlen. Powstają wtedy izotopy kosmogoniczne, takie jak węgiel-14 i beryl-10, które opadają na powierzchnię planety. Badając ich ilość w rdzeniach można ustalić, kiedy nastąpiło odwrócenie biegunów.

Ostatnie przebiegunowanie miało miejsce od 772 tysięcy do 764 tysięcy lat temu. Od tego czasu, pole magnetyczne wykonało 15 tzw. wędrówek, podczas których znacząco osłabło, ale nie na tyle, aby doprowadzić do pełnej zamiany biegunów. To właśnie podczas tego osłabienia, po którym pole odzyskuje swoją siłę, ludzkość będzie zagrożona. Ostatnia taka wędrówka miała miejsce około 40 tysięcy lat temu, a dowody wskazują, że Ziemia doświadcza kolejnego takiego zjawiska.

Jak wynika z najnowszego raportu Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), pole magnetyczne Ziemi przesuwa się w bezprecedensowym tempie. Chodzi o zaobserwowane niedawno znaczne przyspieszenie migracji magnetycznego bieguna północnego. Naukowcy z całego świata spekulują odnośnie przyczyn tego zjawiska.

Po raz pierwszy w historii lokalizację magnetycznego bieguna północnego ustalono w 1831 roku. Znajdował się wtedy w Arktyce na terenie Kanady. Od tego czasu powoli dryfował w kierunku Syberii. Z tego powodu oficjalny model magnetyczny Ziemi (World Magnetic Model -WMM) musi być aktualizowany co kilka lat, aby podać aktualną lokalizację bieguna, która jest wykorzystywana przez systemy nawigacyjne. Ostatnio WMM wymaga korekt znacznie częściej niż kiedyś.

W latach 1990 – 2005 północny biegun magnetyczny migrował średnio 15 km rocznie, a obecna prędkość dryfu to już 60 km na rok. W 2017 roku magnetyczny biegun północny przekroczył międzynarodową linię zmiany daty, znajdującą się 390 km od geograficznego bieguna północnego, i nadal kontynuuje ruch na południe.

Mapowanie ziemskiego pola magnetycznego zajęło ekspertom z ESA trzy lata. Stworzono jego dokładny model, co udało się uzyskać dzięki danym pozyskanym przez konstelację satelitów naukowych Swarm. Posiadanie mapy pola magnetycznego jest istotne dla oceny dynamiki jego zmiany, a także przewidywania terminu jego przyszłego przebiegunowania.

Wykorzystując te dane ustalono, że pozycja bieguna północnego zależy głównie od równowagi między dwoma dużymi ujemnymi strumieniami magnetycznymi na pograniczu jądra Ziemi i jej płaszcza, znajdującymi się akurat pod Kanadą i Syberią. Według danych ESA, zmiany charakteru przepływu ciekłego żelaza w jądrze wewnętrznym spowodowały, że magnetyczny biegun północny zaczął poruszać się szybciej w kierunku Syberii. Według prognoz naukowych, w ciągu najbliższych 10 lat magnetyczny biegun północny może się przemieścić nawet o 390-660 kilometrów.

Naukowcy mają nadzieję, że ludzkość zdąży się przygotować na kolejne przebiegunowanie, zanim to nastąpi. Dziś nie jesteśmy przygotowani nawet na poważną burzę słoneczną.

Zakłócenie ziemskiego pola magnetycznego, co ma miejsce w czasie przebiegunowywania wpływa nie tyle na ludzki organizm (ten według naszej wiedzy skutecznie chroni atmosfera), a przede wszystkim na wytwory naszej cywilizacji. Oczywiście nie ma powodu by dramatyzować, ale lepiej brać pod uwagę ewentualnie niekorzystny rozwój spraw. Choćby nawet tylko rozmyślając o przyszłości ludzkości.
media

Nie wiadomo jak będzie, wesoło na pewno jednak nie będzie. Wystarczy, że nie będzie prądu przez wiele miesięcy…

W ostatnim życzeniu kazała uśpić psa i pochować go razem z nią.

Amerykańskie media donoszą, że ostatnim życzeniem mieszkanki stanu Viriginia było uśpienie jej psa o imieniu Emma. Chciała, aby został pochowany razem z nią.

Zwierzę trafiło do schroniska po śmierci swojej właścicielki. Kobieta chciała, by psa uśpiono i pochowano obok niej. Pracownicy schroniska próbowali temu zapobiec i prowadzili wielokrotne rozmowy z wykonawcami ostatniej woli zmarłej właścicielki.

Niestety 22 marca Emma została zabrana ze schroniska, uśpiona i skremowana. W stanie Virginia chowanie zwierząt obok ludzi na tym samym cmentarzu jest niezgodne z prawem. Wyjątkiem są cmentarze prywatne.

Uśpienie zdrowego psa nie jest jednak złamaniem prawa – zwierzęta uważane są za własność prywatną i dlatego opiekunowie mogą decydować o ich losie.
media

No cóż, schronisko dla wypieszczonego domowego zwierzaka to obóz koncentracyjny, dlatego zapewne samo by też wybrało eutanazję. Życie niestety to nie bajka.

Kompost z ludzkich zwłok wkrótce do nabycia w stanie Waszyngton.

Waszyngton stał się pierwszym stanem w USA, który zalegalizowało kompostowanie ludzkich zwłok. Zgodnie z nowym prawem, ludzie mogą teraz zdecydować, że po śmierci ich ciało zostanie przetworzone w kompost.

Proces kompostowania zwłok jest postrzegany jako alternatywa dla kremacji i pochówków, a także jako praktyczna opcja w miastach, w których brakuje gruntów, które można przeznaczyć na stworzenie cmentarzy.

Jak wygląda proces kompostowania zwłok?

Ciało umieszcza się w sześciokątnym stalowym pojemniku wypełnionym lucerną, zrębkami drewna oraz słomą. Pojemnik jest następnie zamykany, a ciało rozkłada się naturalnie w ciągu 30 dni. W wyniku tego procesu otrzymuje się mniej więcej dwie taczki kompostu. Powstały w ten sposób kompost przekazuje się rodzinie, która może rozrzucić go w wybranym przez siebie miejscu lub wykorzystać go do sadzenia kwiatów, warzyw lub drzew…

Stan Waszyngton nie jest jedynym miejscem, gdzie można kompostować ludzkie zwłoki. Taką możliwość gwarantuje także prawo szwedzkie.
media

Dać się przerobić na kompost, chyba jednak nie, wolę być spopielony. Z drugiej strony, 30 dni leniwego rozkładania się jest kuszące… 😉

Pasta do zębów z węglem drzewnym, modna ale może zwiększać ryzyko wystąpienia próchnicy i przebarwień.

Pasty do zębów z węglem drzewnym są coraz popularniejsze na całym świecie. Ich entuzjaści przekonują, że nie zawierają fluoru, ale wykazują właściwości wybielające. Uczeni z Uniwersytetu w Manchesterze wykazali, że nie ma dowodów potwierdzających ich działanie. Co więcej, nadmierne szczotkowanie nimi zębów może oznaczać więcej szkód niż pożytku.

Węgiel drzewny został po raz pierwszy użyty do celów higieny jamy ustnej w starożytnej Grecji, jako sposób usuwania plam z zębów i maskowania nieprzyjemnych zapachów z chorych dziąseł.

Coraz więcej sklepów sprzedaje pasty i proszki na bazie węgla drzewnego. Ale ich działanie jest nieskuteczne. W naszych badaniach przetestowaliśmy 50 najpopularniejszych produktów – powiedział dr Joseph Greenwall-Cohen, współautor badań.

Entuzjaści past do zębów z węglem drzewnym twierdzą, że mają one działanie antybakteryjne, przeciwgrzybicze, wybielające i zmniejszają próchnicę. Jednak zbyt częste ich stosowanie może przyczyniać się do ścierania szkliwa, zwłaszcza przy niedoborach produktów zawierających fluor.

Pasty do zębów z węgla drzewnego są bardziej ścierne niż zwykłe pasty do zębów, więc mogą stanowić zagrożenie dla szkliwa i dziąseł. Węgiel drzewny zawarty w pastach do zębów można wytwarzać z łupin orzechów, łupin kokosów, bambusa i torfu.
media

Żyjemy w czasach, że można ludziom wszystko sprzedać, wystarczy trafić do nawiedzonej grupy docelowej a oni już rozniosą to dalej… Lubię fluor, poprawia mi cerę i apetyt i dlatego pozostanę przy pastach z fluorem…

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia w Emilcinie było uważane za najlepiej udokumentowany przypadek UFO w Polsce…

Tak zwane „zdarzenie w Emilcinie” jest bezpośrednio związane z osobą Jana Wolskiego (ur. 29 maja 1907, zm. 8 stycznia 1990), prostego rolnika z wykształceniem podstawowym.

Wracając do domu wozem konnym przez las 10 maja 1978 roku, ujrzał na drodze dwie dziwne postaci. Istoty były niewysokie (1,4–1,45 m wzrostu), miały oliwkowozielone twarze, skośne oczy i wystające kości policzkowe. Ich ciała pokrywał czarny kombinezon, odsłaniający tylko twarze i dłonie. Na karku mieli swego rodzaju wybrzuszenia przypominające garby, zaś ich palce połączone były błoną pławną.

Istoty wskoczyły na wóz Wolskiego, jednak ten kontynuował jazdę, nie widząc w tym zachowaniu nic nietypowego, ponieważ takie zachowanie było zwyczajowe dla mieszkańców tych okolic. Zdziwiła go jedynie „mowa” pasażerów i nieproporcjonalnie duże obciążenie wozu. Wkrótce potem znaleźli się oni na polanie, gdzie Wolski ujrzał lśniący pojazd wielkości połowy autobusu, unoszący się ok. 5 m nad ziemią, ku której spuszczona była swego rodzaju winda. Istoty poprosiły Wolskiego o zejście z wozu, po czym stanął on na windzie, która uniosła go do środka.

Obiekt posiadał w rogach coś w rodzaju świdrów i dochodził z niego niski dźwięk. Wkrótce potem Wolski znalazł się w pojeździe, gdzie czekały na niego dwie podobne istoty. Wnętrze było ubogie i ciemne. Wolski zauważył, że znajdowały się tam swego rodzaju ławki. Z innych rzeczy dostrzegł on m.in. leżące na podłodze ptaki przypominające kruki lub gawrony.

Jakiś czas potem otrzymał polecenie, aby się rozebrać, zaś jedna z istot (które w liczbie 4 znajdowały się na pokładzie statku) wykonała swego rodzaju badania przy pomocy urządzenia mającego przypominać rolnikowi złączone talerzyki. Po wykonaniu badania Wolski ubrał się. Istoty miały także starać się poczęstować go jedzeniem w formie sopla, jednak on odmówił. W ogóle istoty przez cały czas były dla niego, jak sam określił, uprzejme. Następnie otrzymał on polecenie wyjścia z pojazdu i gdy wychodził na windę, stanął i ukłonił się, mówiąc istotom: Do widzenia. Wszystkie rzekomo ukłoniły się.

Istoty miały według Wolskiego posługiwać się dziwnym językiem, którego nie potrafił opisać. Sam określił, że ich słowa padały drobniutko a gęsto.

Wkrótce Wolski udał się do domu, gdzie opowiedział o tym swej żonie, a następnie synom, którzy wraz z sąsiadami udali się na polanę. Obiektu tam nie było, jednak na miejscu znaleziono ślady mogące świadczyć o odwiedzinach istot.

Historią Wolskiego zajął się wkrótce łodzianin, Zbigniew Blania-Bolnar. Sam Wolski miał narzekać na popularność, jakiej przysporzyła mu jego przygoda, która jednocześnie stała się przyczyną kwestionowania jego wiarygodności.

Obiekt mieli rzekomo widzieć inni mieszkańcy, w tym chłopiec z Emilcina, Adam Popiołek, który zaalarmował swą matkę o spadającym samolocie. Innym świadkiem miał być też Henryk Marciniak, który spotkał się z bardzo podobnym obiektem i istotami w Wielkopolsce.

Przez 35 lat „zdarzenie w Emilcinie” było uważane za najlepiej udokumentowany przypadek UFO w Polsce. Prawda okazała się jednak prozaiczna. Cała sprawa była mistyfikacją i zemstą jednego ufologa na drugim.

W 2012 sprawie wnikliwie przyjrzał się Bartosz Rdułtowski, publicysta i autor książek poświęconych głównie II wojnie światowej i tajemnicom z nią związanymi. W swojej książce „Tajne operacje. PRL i UFO” dowodzi, że „śledztwo” Blani było nierzetelne, a cała sprawa okazała się mistyfikacją. Była zemstą jednego ufologa na drugim, choć nie potoczyła się do końca tak, jak to miało być.
media

Spotkanie człowieka z obcymi czy jedno wielkie oszustwo? Tego nie wiemy, ale na miejscu rzekomego lądowania stoi nawet pomnik ufundowany przez fundację Nautilus. Są więc osoby, które nie wierzą w mistyfikację.

Plotka karana grzywną…

Burmistrz filipińskiego miasta Binalonan, położonego ok. 170 km na północ od Manili, Ramon Guico III zapowiada wprowadzenie oficjalnego zakazu rozpowszechniania plotek w całym mieście. Jego plany musi jeszcze zatwierdzić rada miejska.

W 24 dzielnicach 54-tysięcznego Binalonan takie zakazy wprowadziły już przed kilku laty władze lokalne i jest on egzekwowany. Na plotkarzy nakładane są grzywny. Plotki, zakłócające spokój społeczny w Binalonan najczęściej dotyczą domniemanych długów, a także pozamałżeńskich romansów sąsiadów. Burmistrz chce, by od takich plotek wolne było całe miasto.

„Chcemy przypomnieć ludziom, że powinni być dobrymi sąsiadami” – powiedziała w poniedziałek asystentka burmistrza Donabel Sabado.

Za pierwsze plotkarskie przewinienie przewidziana jest grzywna w wysokości 200 peso (3,50 euro) i trzy godziny pracy społecznie użytecznej. Recydywistom grozi pięciokrotnie wyższa kara finansowa, ale – jak podkreślają władze miejskie – przypadków plotkarskiej recydywy dotychczas nie zanotowano.
media

Nie wiem czy to działa, ale kierunek słuszny.

Przyszła gąska do kaczuszki,
Obgadały kurze nóżki.

Do indyczki przyszła kurka,
Obgadały kacze piórka.

Przyszła kaczka do perliczki,
Obgadały dziób indyczki.

Kaczka kaczce wykwakała,
Co gęś o niej nagęgała.

Na to rzekła gęś, że kaczka
Jest złodziejka i pijaczka.

O indyczce zaś pantarka
Powiedziała, że plotkarka.

Teraz bójka wśród podwórka,
Że aż lecą barwne piórka.

Do uderzenia asteroidy zostało tylko 5 dni. Uwaga! NASA przeprowadzi ćwiczenia symulujące uderzenie asteroidy.

Biuro Koordynacji Obrony Planetarnej (PDCO) agencji NASA we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną (ESA), Międzynarodową Siecią Ostrzegawczą Asteroid (IAWN) oraz innymi amerykańskimi i międzynarodowymi agencjami i instytucjami naukowymi rozpocznie ćwiczenia, które pozwolą przygotować się na potencjalne uderzenie niebezpiecznej asteroidy.

Zaplanowane „manewry” potrwają 5 dni i rozpoczną się od pojawienia się informacji o fikcyjnej planetoidzie, odkrytej 26 marca, która zostanie uznana za potencjalnie niebezpieczną dla Ziemi. Zmyślony obiekt o nazwie PDC 2019 będzie miał 1 proc. szansy na uderzenie w naszą planetę w 2027 roku.

Celem symulacji jest wypracowanie mechanizmów, polegających na wymianie informacji o asteroidzie, zaplanowaniu działań pozwalających na skuteczne zarządzanie katastrofami i minimalizację strat oraz rozwiązanie wszelkich problemów, które mogą stać na drodze do podjęcia szybkich reakcji. Specjaliści będą też dyskutować nad możliwością zbadania planetoidy i zmiany jej orbity.

Agencja NASA brała udział łącznie w sześciu ćwiczeniach, dotyczących ochrony Ziemi przed niebezpiecznymi asteroidami – trzy razy w ramach Konferencji Obrony Planetarnej i trzy razy we współpracy z Federalną Agencją Zarządzania Kryzysowego (FEMA) oraz przedstawicielami innych agencji federalnych. Dzięki zbliżającej się symulacji, międzynarodowe agencje i instytucje będą mogły połączyć siły, aby lepiej oceniać i reagować na zagrożenia z kosmosu.

Zagrożenie jest realne, jeszcze w tym roku w Ziemię może uderzyć asteroida o średnicy 40 metrów. Do kolizji może dojść 9 września.

Asteroida 2006 QV89 została odkryta kilkanaście lat temu, ale dopiero niedawno okazało się, że może znajdować się na kursie kolizyjnym z Ziemią. Nie jest na tyle duża, by doprowadzić do masowego wymierania gatunków, ale i tak – w zależności od miejsca uderzenia – mogłaby zabić miliony ludzi.

Rozmiar potencjalnej katastrofy można porównać do uderzenia meteorytu tunguskiego, który w 1908 r. eksplodował kilka kilometrów nad Syberią. Fala uderzeniowa powaliła drzewa w promieniu 40 km, była widziana w promieniu 650 km i słyszana z odległości 1000 km. Silne wstrząsy zarejestrowały sejsmografy na całej planecie. Na szczęście obyło się bez ofiar, bo bolid rozbił się nad niezamieszkałym terenem. Ale co by było, gdyby do podobnego zdarzenia doszło nad miastem?

O samej asteroidzie 2006 QV89 nie wiadomo zbyt wiele – w okolicach lipca poznamy jej dokładną trajektorię.
media

Uciec, ale dokąd? Jak daleko można uciec gdy zapanuje chaos i panika? Najrozsądniej będzie wziąć to na klatę na spokojnie…

W Australii trwa masowa eksterminacja kotów.

W Australii trwa wojna z dzikimi kotami. W 2015 rząd zadecydował, że do 2020 roku uśmiercone zostaną ich dwa miliony.
Częścią planu eliminacji ma być podawanie dzikim kotom śmiercionośnych kiełbasek. W przepisie znajduje się między innymi mięso kangura. Trucizna, którą dodano do kiełbasek, nie wpływa na ich smak.

Kiełbaski muszą dobrze smakować. To ostatni posiłek kota – powiedział pomysłodawca doktor Dave Algar.

Tak przygotowaną trutkę zrzuca się z powietrza na tereny, na których występują dzikie koty. Zwierzęta umierają w ciągu 15 minut od spożycia kiełbaski.

Niektóre obszary kontynentu poszły o krok dalej. W stanie Queensland istnieje zarząd oferujący 10 dolarów australijskich jako nagrodę za przyniesienie skóry głowy dzikiego kota.

Dlaczego Australijczycy zdecydowali się ograniczyć populację dzikich kotów? Ponieważ to drapieżniki. Chociaż dzikie i domowe koty należą do jednego gatunku, to te pierwsze muszą samodzielnie polować, aby przetrwać. W efekcie giną inne zwierzęta.

Uważa się, że pierwsze koty przybyły do Australii w XVII wieku. Od tego czasu ich liczba sukcesywnie rosła, a obecnie szacuje się, że 99,8 procent terenów kraju jest przez nie zamieszkałych. Jak powiedział krajowy komisarz do spraw zagrożonych gatunków Gregory Andrews – od czasu wprowadzenia zwierząt na tereny kontynentu mogło wyginąć około 20 gatunków ssaków. To sprawia, że dzikie koty stanowią największe zagrożenie dla rodzimych gatunków Australii. A szacuje się, że około 80 procent ssaków i 45 procent ptaków, które tam żyją, nie występuje nigdzie indziej na świecie.

Dla kotów rodzime australijskie gatunki są łatwym łupem. Według badań koty zabijają dziennie ponad milion rodzimych ptaków i 1,7 miliona gadów w całej Australii. Bardzo zagrożone są też gryzonie takie jak królikoszczur krzaczastoogonowy czy małe torbacze jak krótkonos złocisty.

Nie zabijamy kotów, ponieważ ich nienawidzimy. Musimy dokonywać wyborów, aby uratować zwierzęta, które kochamy i które definują nas jako kraj – powiedział Andrews.

Rząd, który ogłosił plan wszczęcia eliminacji kotów w 2015 roku zobowiązał się do przekazania pięciu milionów dolarów na wsparcie grup, które zdecydują się zabijać koty.

Działacze na rzecz ochrony środowiska krytykują te plany.

Tim Doherty, ekolog z Deakin University, zgadza się, że koty powodują „duże straty” pośród rodzimych gatunków Australii, ale uważa, że w planie eliminacji jest wiele niewyjaśnionych kwestii.

W 2015 roku, kiedy ustalano plany eliminacji, nie wiedzieliśmy, ile dzikich kotów żyje w Australii – powiedział, dodając, że niektóre szacunki mówiły o 18 milionach zwierząt, a to dużo więcej niż wynosi stan faktyczny.

Nie ma naprawdę wiarygodnego sposobu oszacowania populacji dzikich kotów na całym kontynencie, a jeśli zamierzasz ustawić znaczący cel, musisz zmierzyć wszystko – stwierdził.

Kolejną palącą kwestią jest to, że zwykłe zabicie kota niekoniecznie ratuje życie ptaka lub ssaka, ponieważ kot musi mieszkać na obszarze, w którym faktycznie zagraża zwierzętom. Istotne jest także zagęszczenie populacji na obszarze występowania.

Musi być zagęszczenie, a nie rozproszenie – stwierdził.

Problem dzikich kotów dotyczy nie tylko Australii. W Nowej Zelandii pojawiły się wezwania, aby całkowicie zrezygnować z kotów domowych.

Według śmiałych zapewnień rządu, do 2050 roku w kraju nie będzie ani jednego kota. W Nowej Zelandii nie występują gatunki rodzimych ssaków lądowych, ale rozwija się populacja ptaków, na przykład nielotów kiwi. Obecnie koty zagrażają około 37 procentom wszystkich gatunków ptaków.

W 2013 roku nowozelandzki ekonomista Gareht Morgan naraził się miłośnikom kotów, kiedy rozpoczął kampanię zachęcającą do unikania zastępowania pupili, które odeszły nowymi kotami.

Koty są jedynymi prawdziwymi sadystami świata zwierząt, seryjnymi mordercami, które torturują bez litości – grzmiał wtedy.

W zeszłym roku w małym nadmorskim miasteczku Omaui na południu Nowej Zelandii rozważano zakaz nabywania nowych kotów domowych w okolicy, ale wycofało się z planu.

Nie nienawidzimy kotów, chcemy by w naszym środowisku kwitła dzika przyroda – powiedział prezes lokalnej organizacji zajmującej się ochroną terenu John Collins.
media

Do Australii przywieziono nie tylko koty ale i psy, szczury, myszy, króliki i całą masę innych stworzeń które zagrażają miejscowej faunie i florze, dlaczego zatem wyrok padł na koty? Warto przyjrzeć się inicjatorom a znajdziemy wśród nich kociofobów…