Wolne media w Polsce…

Wolne media w Polsce nie istnieją i raczej nie będą istniały ze względu na upolitycznianie wszystkiego, każdej sprawy. Źle się dzieje w państwie Polskim…

Sympatie polityczne dziennikarzy pozbawiają ich obiektywizmu i spojrzenia krytycznym okiem, nawet na upodobaną sobie opcję polityczną.

Rola dziennikarza nie polega na bezcelowym atakowaniu tylko jednej opcji, czy poglądów tylko jednej grupy. Rolą dziennikarza jest przedstawienie obiektywnych faktów i danie możliwości wyciągnięciu wniosków odbiorcom.

Niestety media w dużej mierze mają swoich odbiorców za idiotów i muszą prezentować swój „jedynie słuszny pogląd”.

Wszystkie portale internetowe, gazety, serwisy informacyjne mają jakiegoś wydawcę, osobę, która jest właścicielem danego tytułu, więc samo to już jest ograniczeniem wolności. Przecież nikt nie napisze niczego, przeciwko swojemu szefowi, czy sponsorowi.

Media w Polsce są wolne w podręcznikowym tego słowa znaczeniu. Nie są jednak wolne od manipulacji i przekształceń. Naginanie prawdy, tuszowanie wpadek i gloryfikacja sukcesów przeszły do porządku dziennego. Chyba każdy z nas powinien odpowiedzieć sobie, czy takie media można nazwać wolnymi?

Rośliny dysponują tymi samymi zmysłami co zwierzęta czy ludzie.

Rośliny dysponują tymi samymi zmysłami co zwierzęta czy ludzie. Mogą porozumiewać się między sobą. A teraz okazało się, że nawet słyszą dźwięki.

Kiedy przyrządy po raz pierwszy zarejestrowały ten niezwykły odgłos, dr Monica Gagliano z University of Western Australia nie mogła uwierzyć we wskazania. Wynikało z nich, że korzenie młodych sadzonek kukurydzy wydają przypominający kliknięcie dźwięk. Zdumiewające było nie tylko to, że roślina wydaje dźwięki, ale że najwyraźniej nie były one przypadkowe. Inne sadzonki kukurydzy zachowywały się bowiem tak, jakby słyszały sygnały wydawane przez krewniaczkę. Pochylały się w stronę, z której dobiegało klikanie.

Niezwykłe zdolności kukurydzy, o których dr Gagliano wraz z zespołem poinformowała w periodyku „Trends in Plant Science”, i inne podobne odkrycia, burzą dotychczasowe wyobrażenia o roślinach. Okazuje się, że potrafią nie tylko widzieć, słyszeć i rozmawiać ze swoimi krewniaczkami, lecz także zapamiętywać i przetwarzać informacje.

Botanicy już od jakiegoś czasu domyślali się, że rośliny muszą mieć coś na kształt słuchu. Nie mieli na to bezpośrednich dowodów, ale z obserwacji wynikało, że przynajmniej niektóre z nich są wrażliwe na wibracje, a przecież na odbiorze wibracji polega zdolność słyszenia. Wiadomo od niedawna, że kwiaty pomidorów czy czarnych jagód wydzielają nektar wyłącznie w odpowiedzi na określoną częstotliwość wibracji siedzącego na nich owada. Badanie przeprowadzone przez dr Gagliano na kukurydzy dostarczyło natomiast pierwszego naukowego dowodu na to, że rośliny mogą nie tylko odbierać wibracje z powietrza, lecz także w celowy sposób wydawać dźwięki i dzięki temu porozumiewać się z innymi roślinami.

Naukowcom udało się potwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że rośliny mają też smak. Służy on do porozumiewania się z innymi roślinami. – Wydzielają one do gleby związki chemiczne, które są wyczuwane przez sąsiadki – tłumaczy prof. Daniel Chamovitz z uniwersytetu w Tel Awiwie, autor książki „What a Plant Knows”.

W ten sposób rośliny mogą ostrzegać się o nadchodzącej suszy, dowiedli uczeni z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Posadzili oni sześć sadzonek w stojących rzędem doniczkach tak, aby każda kolejna roślina miała połowę korzeni w jednej doniczce, a połowę w następnej. Potem uczeni wysuszyli ziemię w pierwszej doniczce. Ku ich zaskoczeniu kolejne rośliny już po kwadransie wiedziały, co się dzieje. Wszystkie zareagowały na nadchodzącą suszę, zamykając znajdujące się na ich powierzchni aparaty szparkowe, co zapobiega utracie wilgoci. Wygląda na to, że czując suchą ziemię, pierwsza roślina wydzieliła do gleby związki chemiczne, które zostały odebrane przez korzenie jej sąsiadki i wiadomość tę przekazały dalej, aż do ostatniej.

Rośliny mają też wrażliwy węch, co często ratuje im życie. Na przykład dzięki temu bylice nie są zjadane przez zwierzęta. Dowiódł tego prof. Richard Karban z Wydziału Entomologii Uniwersytetu Kalifornijskiego.

W trakcie eksperymentu naukowiec uszkodził jedną roślinę z grupy identycznych genetycznie sadzonek, a następnie obserwował, jak szybko reszta roślin zostanie zjedzona przez zwierzęta. Okazało się, że rośliny znajdujące się w promieniu 60 centymetrów od uszkodzonej uodporniły się na zjedzenie. Prawdopodobnie zaczęły wytwarzać związki chemiczne, które sprawiały, że stały się niejadalne dla roślinożerców. Wystarczył im sygnał – niezidentyfikowane lotne związki – wysłany przez uszkodzoną bylicę, by jej zdrowe sąsiadki rozpoczęły produkcję substancji zabijającej smak. – Zwierzę może uciec przed drapieżnikiem, który chce je zjeść. Rośliny musiały wypracować inne metody ratowania – tłumaczy prof. Chamovitz. Rozwinęły więc system ostrzegania, bazujący na węchu.

Zmysł ten jest u roślin na tyle rozwinięty, że potrafią wyczuć zapach nie tylko innej rośliny, lecz także niektórych zagrażających im zwierząt. Takie niezwykłe zdolności ma nawłoć, która odbiera zapach muszek owocówek, czego dowiódł dr Mark Mescher z Penn State University. Jak pisze na łamach „Proceedings of the National Academy of Sciences”, roślina uruchamia chemiczny system obronny – wydziela substancje odstraszające samice owada. Dzięki temu systemowi obrony ratuje swoje zdrowie. Muszki nie są bowiem dla niej zabójcze, ale znacznie ograniczają liczbę wytwarzanych przez nią nasion.

Rośliny wykorzystują zmysł węchu również do ataku. Bez tej umiejętności nie mogłaby obejść się na przykład kanianka, która sama nie potrafi przeprowadzać fotosyntezy. Aby zdobyć substancje odżywcze, musi – gdy tylko zacznie kiełkować – znaleźć ofiarę, czyli inną roślinę, której soki będą ją odżywiać. Jest jednak wybredna. Przebierając wśród potencjalnych żywicieli, pęd kanianki wykonuje powolny ruch okrężny. Wije się wśród wielu roślin. Prof. Consuelo De Moraes z Penn State University, który przeprowadził na niej doświadczenia, porównuje to do zachowania węszącego psa. Gdy kanianka wyczuje zdobycz, na przykład swój ulubiony krzak pomidora czy ziemniaka, powoli zmierza w jej kierunku, jak drapieżnik polujący na ofiarę, aby zapuścić w niej swoje ssawki.

Jeszcze bardziej zadziwiający jest zmysł równowagi, w który wyposażone są rośliny. Z pozoru nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że rośliny zachowują pionową postawę, a wyrastający z ziarna pęd wie, że ma rosnąć do góry, a korzenie zapuścić do ziemi. Kieruje nim grawitacja oraz światło. Jednak zaskakujące jest to, że roślina zachowuje się tak samo również wtedy, gdy nie ma grawitacji! Dowiedli tego w zeszłym roku naukowcy z University of Florida we współpracy z astronautami z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Rośliny na stacji wyrosły tak samo jak na Ziemi – korzeniami do dołu, a pędem do góry. – Najpewniej mają wewnętrzny zmysł równowagi, który pozwala im się orientować w przestrzeni – tłumaczyła dla „National Geographic” dr Anna-Lisa Paul, autorka badania.

Czy rośliny również widzą? Oczywiście. Wystarczy uważnie obserwować przez kilka godzin kwiaty słoneczników, które zawsze zwrócone są w stronę słońca. Podążają za nim, jakby widziały tarczę słoneczną. Kiedy zaś robi się ciemno, słoneczniki zwracają kwiaty ponownie na wschód, jakby pamiętały, z której strony następnego dnia wzejdzie słońce. Czy to możliwe?

Wydaje się, że tak, wynika z badań prof. Stanisława Karpińskiego ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Uczony dowiódł, że rośliny mają nie tylko zmysł wzroku, który reaguje na najmniejsze zmiany światła, lecz także coś na kształt układu nerwowego. Z doświadczeń prowadzonych na rzodkiewniku pospolitym wynika, że roślina potrafi zapamiętać, ile światła potrzebuje o danej porze dnia i roku, i na tej podstawie reguluje tempo fotosyntezy.

Co więcej, roślina wie, które jej liście otrzymały dużo światła, i na tej podstawie steruje fotosyntezą w liściach będących w cieniu. – Jeden fragment liścia może przesłać informację do drugiej jego części, ale również na całą roślinę – mówił prof. Karpiński dla PAP. Poszczególne części rośliny komunikują się ze sobą za pomocą słabych sygnałów elektrycznych, które są generowane przez padające na nią światło. A natężenie tych sygnałów jest bardzo podobne do natężenia sygnałów produkowanych przez ludzkie komórki nerwowe.

Zadziwiające dla naukowców okazało się również odkrycie u roślin receptorów glutaminowych identycznych z tymi, które odpowiadają za przekazywanie impulsów nerwowych w ludzkim mózgu i które biorą udział między innymi w procesie uczenia się i zapamiętywania. Geny kodujące te receptory wykryto między innymi w komórkach tytoniu, kukurydzy, ryżu i fasoli.

Skoro rośliny mają coś na kształt rozumu i pamięci, nie można się dziwić odkryciu dokonanemu przez zespół botaników z kanadyjskiego McMaster University. Dowiedli oni, że rośliny potrafią oszukiwać i dzielić się jedzeniem z krewnymi. Te zachowania nie są obce choćby ambrozji. Rośnie ona w grupach w symbiozie z grzybem, który zasiedla jej korzenie i czerpie z nich węglowodory, a w zamian dostarcza wodę i substancje odżywcze. Jednak niektóre ambrozje są sprytniejsze od grzyba – pozyskują z niego składniki odżywcze, ale w zamian nie oddają mu węglowodorów. Na takiej strategii korzysta pojedyncza roślina, ale traci grzyb oraz inne ambrozje. W jednym przypadku rośliny rezygnują z tych niecnych praktyk – gdy rosną w grupie blisko spokrewnionych roślin. Wtedy wszystkie nastawiają się na uczciwą współpracę, tak jakby wiedziały, że kiedy oddadzą grzybowi węglowodory, urośnie większy, a to będzie z korzyścią dla całej grupy, nie tylko dla pojedynczej rośliny.

Mimo tych odkryć z ostatnich lat naukowcy wciąż są na początku drogi do zrozumienia roślin. – Wciąż nie mamy pojęcia, w jaki sposób, nie mając mózgu, rośliny integrują i przetwarzają wszystkie wiadomości, które do nich docierają. Informacje o świetle, wilgotności gleby, komunikaty od innych roślin – mówi prof. Chamovitz. Jedno jest pewne – rośliny postrzegają świat podobnymi zmysłami co my. Skoro tak, to być może potrafią nie tylko czuć, ale i mieć uczucia?
media

Zdumiewające informacje, świat wokół nas kryje jeszcze tyle tajemnic.

To też początek tragedii, weganie prędzej umrą z głodu nim zabiją jakąkolwiek roślinkę. 😉 A tak poważnie – ktoś wie jak weganie chcą rozwiązać problem z roślinami dysponującymi tymi samymi zmysłami co zwierzęta czy ludzie?

Chciał zostać bohaterem wbrew elementarnemu rozsądkowi.

54-letni Xavier Lucassen z holenderskiego miasteczka Venlo wyszedł na spacer z psem w środę wieczór. Zwierzak załatwiał się pod drzewkiem, a on zauważył żółtawy przedmiot wystający spod ziemi. Okazało się, że leży przed nim granat, który w według niego zaczął, złowrogo świszczeć.

Xavier Lucassen postanowił działać. Zakrył świszczący granat własnym ciałem i zadzwonił po pomoc. Policja zabroniła mu się ruszać z miejsca, więc spędził blisko dwie godziny leżąc na granacie.

Na miejsce przyjechała policja i ewakuowano z okolicy ponad 100 osób. Saperzy potwierdzili, że w istocie Lucassen i jego pies znaleźli granat, a właściwie niewypał z czasów drugiej wojny światowej. Zdaniem ekspertów nie zawierał już żadnych substancji wybuchowych i nie wiadomo, dlaczego i czy zaczął świszczeć.

Rzeczniczka prasowa holenderskich służb porządkowych Veronique Klaassen powiedziała w rozmowie z dziennikarzami, że kładzenie się na bombie to nie najlepszy pomysł. Radzi, aby w takich przypadkach oddalić się jak najdalej od materiałów wybuchowych i zadzwonić po policję
media

Noo, nie wiem, mam niejasne podejrzenia, że saperzy od począdku mieli niezłą zabawę i dlatego pojawili się dopiero po dwóch godzinach. Między bochaterstwem a śmiesznością jest tylko cienka linia.

Penis – cała naga prawda.

Nie ma w nim ukrytych kosteczek. Sztywności nie zawdzięcza też masie mięśniowej. Im mniejszy na starcie, tym większa erekcja. Jak to możliwe?

Co dziesiąty europejski posiadacz penisa wierzy, że jego prącie ma w środku niewielką kość. Mit wziął się zapewne stąd, że tak zostały „wzbogacone” przez naturę członki wielu zwierząt, w tym nietoperzy, psów, czy królików. Faktem jest również, iż u bardzo nielicznych mężczyzn obserwuje się przypadki kostnienia tkanki łącznej. Zmiany takie nie są jednak niezaprzeczalnym atutem w sypialni.

W rzeczywistości ludzki penis składa się z dwóch równoległych ciał jamistych oraz ciała gąbczastego. Ciała jamiste to skomplikowany układ zatok, do którego może napływać krew tętnicza i właśnie jej zawdzięcza on swoją potencjalną sztywność. Wyobraźcie sobie foliowy worek wypełniany wodą. Początkowo wiotki, z czasem, gdy odpływ płynu jest niemożliwy, staje się bardzo twardy. Wypełnianie się krwią ciał jamistych powoduje ucisk na naczynia żylne, odpowiedzialne za odprowadzanie krwi z prącia, dlatego czasowo pozostaje ona w członku. Wówczas penis może wypełniać swoją podstawową funkcję, czyli przeniesienie nasienia do żeńskich dróg rodnych.

Skąd wytrysk?

Ciało gąbczaste prącia to twór nieparzysty, położony po środku dolnej strony penisa. Wyróżniamy w nim trzy zasadnicze części: właściwe ciało gąbczaste prącia, opuszkę i żołądź. Ciało właściwe leży w podłużnym rowku, utworzonym przez ciała jamiste. Na całej długości przebiega w nim cewka moczowa (pusta rurka, którą przedostaje się mocz i sperma, oczywiście osobno i w innych okolicznościach). Opuszka stanowi jego część tylną. Pokrywający ją mięsień opuszkowo-gąbczasty przyczynia się do wytrysku nasienia.

Samo przesuwanie się ejakulatu, czyli porcji nasienia wydalanej podczas wytrysku, z najądrzy do nasieniowodów, także umożliwiają mięśnie. Wytrysk u mężczyzny poprzedzony jest skurczem mięśni gładkich w wewnętrznych narządach płciowych (głównie w jądrze i najądrzu). Skurcze te powodują wzrost ciśnienia, a następnie wędrówkę nasienia aż do cewki moczowej.

Wytrysk, któremu towarzyszy orgazm, średnio trwa kilka sekund, a dochodzi do niego po 156.5 sekundach (+/- 80.7 sekund) od rozpoczęcia stymulacji prącia. Nie jest to może wynik imponujący, ale normalny, zresztą z wiekiem do poprawienia. Jeśli jesteś nastolatkiem i podniecasz się niemal wszystkim, a do wytrysku dochodzi wcześniej, niż byś chciał, bądź pewien, że to przejściowe. Z czasem w większym stopniu zapanujesz nad swoim penisem. Chociaż wielu, bardzo dorosłych, mężczyzn przyznaje, że ich prącie zdaje się wciąż kierować własną logiką i chadzać swoimi drogami.

Źródło w głowie

Wzwód penisa, i w jego efekcie wytrysk, to skutek podniecenia seksualnego. Chociaż pewnie trudno ci w to uwierzyć w całym procesie zasadniczą rolę odgrywa tlenek azotu. Kiedy pieścisz partnerkę, masturbujesz się, masz erotyczne sny, albo tylko o tym pomyślisz, twój mózg wysyła odpowiednie sygnały do nerwów sterujących działaniem mięśni gładkich prącia. Komórki nerwowe rozpoczynają produkcję tlenku azotu, który aktywuje specjalny enzym cyklazę guaninową. Enzym ten następnie aktywizuje wytwarzanie substancji cGMP. To ona odpowiada za rozszerzanie się naczyń krwionośnych i w efekcie zwiększenie napływu krwi do ciał jamistych prącia. Skutki są szybko zauważalne. Warto wiedzieć, że nowoczesne leki stosowane w leczeniu impotencji przyczyniają się do produkcji cyklazy guaninowej (po wcześniejszym blokowaniu izoenzymu PDE-5), stąd ich ogromna skuteczność. Ale uwaga: sprawdzają się tylko wtedy, gdy jesteś naprawdę podniecony, a jedynie odpowiedź twojego członka jest niezadowalająca. Viagra nie jest afrodyzjakiem, czyli substancją wywołującą podniecenie. Kiedy jednak ono już jest, pomaga utrzymać sztywność członka.

Żołądź i reszta

Nasada penisa, za pomocą odnóg ciał jamistych, przytwierdzona jest do kości łonowych i kulszowych. Za nasadą znajduje się część ruchoma, zwana trzonem. Jak wygląda? Każdy może zobaczyć. Zwieńczenie tej części stanowi żołądź. Ta silnie unerwiona „główka” jest wyjątkowo wrażliwa na dotyk. Jaki lubi? To sprawa indywidualna. Mocniej? Słabiej? Trzeba sprawdzić i nie przeholować podczas eksperymentów, żeby nie zabolało.

Żołądź jest chroniona przed przypadkowymi urazami, a także nadmiernym wysychaniem i podrażnieniami, za pomocą napletka. To luźny fałd skórny z nielicznymi gruczołami łojowymi, zwanymi gruczołami napletkowymi. Łączy się z żołędzią z pomocą wędzidełka. Wciąż popularny jest pogląd, że napletek nie jest w ogóle potrzebny.Za obrzezaniem miałyby, poza względami religijnymi, przemawiać kwestie higieny. Czy warto decydować się na amputację, bądź co bądź, części ciała? Przecież penisa z napletkiem też da się solidnie umyć. Wystarczy zsunąć skórny fałd.

Chociaż… Czasem ujście napletka bywa zbyt wąskie i skóra nie może przesuwać się ku tyłowi. Utrudnia to oddawanie moczu, sprzyja infekcjom. Taka nieprawidłowość to stulejka. Jeśli uprzykrza ci życie, warto poradzić się urologa. Zwłaszcza, że zabieg jest prosty i nie sprzyja komplikacjom.

Optymalny rozmiar?

Ponad 80% mężczyzn jest niezadowolonych z rozmiaru lub kształtu swojego penisa. Niby zasadniczo wierzą, ze jego wielkość nie ma znaczenia podczas stosunku, a jednak prawie każdemu się zdaje, że od nadmiaru głowa nie boli. Paradoksalnie, szczególnie przeczuleni na punkcie swojego członka są ci panowie, których organ nie jest imponujący w spoczynku. Jeśli martwisz się, że nie mieścisz się w normie, tylko dlatego, że kolega pod prysznicem wygląda bardziej okazale, powinieneś poznać wyniki badań seksuologów amerykańskich Wiliama Mastersa i Virginii Johnson. Doszli oni do wniosku, że wielkość członka w stanie erekcji jest u wszystkich mężczyzn bardzo zbliżona. Za normalną długość luźnego penisa uznaje się 8,5-10,5 cm. Erekcja oznacza zazwyczaj 60% przyrostu. A jak to wygląda w praktyce? Podczas badań zaobserwowano, że luźny dziewięciocentymetrowy penis pacjenta może w czasie erekcji przybrać nawet 10 cm. Tymczasem bywa, że organ o początkowym kapitale 15 cm rośnie o zaledwie 2,5 cm.

Brytyjski seksuolog i androlog Kenneth Purvis, autor przewodnika „Podbrzusze Mężczyzny” podzielił męskie organy na dwa rodzaje: wyskoczki i wyprostki. Te pierwsze są stosunkowo małe w stanie spoczynku, przypominają wysuszoną śliwkę. Taki członek w erekcji stanowi miłą niespodziankę dla pozbawionej nadziej nowej partnerki. Wyprostki natomiast to blagierzy. Zawsze wypełnieni częściowo krwią, wywołują pełne podziwu spojrzenia. Gdy dochodzi do erekcji, trudno zaobserwować poprawę…

Jeśli nie przekonują cię te argumenty, zapamiętaj sześć podstawowych praw fizjologii genitalnej (według Purvisa):

  1. Im mniejszy penis, tym większa erekcja.
  2. Liczy się tarcie na trzech, czterech pierwszych centymetrach.
  3. Wagina kobiety dostosuje się do każdego penisa.
  4. Grubość jest lepsza niż długość.
  5. Nie liczy się to, co masz, ale jak tego używasz.
  6. Zawsze jest ktoś gorszy od ciebie.
    media

To tak w skrócie dla ciekawskich. Resztę douczcie się sami na zajęciach praktycznych. 😉

Zima stulecia 2019 dalej możliwa – nadchodzi polarny wir zaskakujący synoptyków…

Nad Arktyką trwa zjawisko zwane nagłym ogrzewaniem stratosfery lub SSW od ang. Sudden Stratospheric Warming. Meteorolodzy są pewni, że w ciągu najbliższych trzech tygodni Europa znajdzie się pod wpływem znacznie chłodniejszych mas powietrza.

Zdaniem synoptyków oznacza to, że w Europie zagości na stałe zimowa aura z mrozem i obfitymi opadami śniegu. Na wschodzie i w centrum naszego kontynentu pokrywa śniegowa powinna przetrwać przynajmniej do lutego. Obecnie trwające zjawisko SSW rozpoczęło się mniej więcej tydzień temu i obecnie pogodowe szaleństwo zaczyna już docierać do troposfery, czyli warstwy atmosfery w której żyjemy.

Co jakiś czas stratosfera nagle ogrzewa się do kilkudziesięciu stopni pod wpływem ciepła słonecznego odbitego od Ziemi i w efekcie osłabia arktyczny wir polarny, czyli atmosferyczny prąd strumieniowy pędzący nad Arktyką z prędkością ponad 130 km/h. Zdarzały się przypadki, gdy zjawisko SSW wpływało na jego kierunek powodując meandrowanie prądów strumieniowych wchodzących w skład wiru polarnego. Takie zjawisko będzie napędzało do Europy mroźne masy powietrza.

Eksperci obawiają się też, że w takich warunkach jak obecnie istnieje duże prawdopodobieństwo blokowania się układów niskiego ciśnienia, co może skutkować pozostawaniem polarnego mrozu na danym obszarze w bardzo długim okresie czasu.
media

Kolejny raz pogoda zaskakuje synoptyków.Pogodowe satelity, radary i inne gadżety okazują się bezwartościowymi zabawkami w spotkaniu z naturą i pobożnymi życzeniami pogodowych wróżbitów. Jak my chcemy podbić ten wszechświat, jak nie potrafimy przewidzieć zwykłej pogody?

Jesteśmy efektem naukowego eksperymentu innej cywilizacji?

Pytanie o Stwórcę jest stare jak świat. Zagorzała dyskusja między sceptykami, a wierzącymi prawdopodobnie nigdy nie ucichnie. Istnieje jednak inna, trzecia możliwość – otaczający na świat ze wszystkimi cudami natury, odległymi obłokami gwiezdnymi i widocznymi jedynie pod mikroskopem mikroorganizmami powstał w wyniku umyślnego działania inteligentnej cywilizacji.

Jakże piękny był obraz świata jeszcze kilkaset lat temu. Ziemia znajdowała się w centrum wszystkiego, wokół niej krążyło słońce, a w przestrzeni pozaziemskiej, na kryształowych orbitach poruszały się planety. Wszystko to sześć tysięcy lat temu zostało stworzone przez wszechmogącego Boga, który od czasu do czasu pokazuje ludziom swoje niezadowolenie lub miłość. Choć nadal taką wizję podziela zadziwiająco wiele osób, to postęp naukowy zmusił rozumną resztę do zrewidowania poglądów.

W świetle obecnych faktów, Wszechświat powstał w wyniku wielkiego wybuchu. Dla osób wierzących nie jest to jednoznaczne z brakiem konieczności istnienia Boga – mógł on przecież być inicjatorem tej „praeksplozji”.

Mógł, ale nie musiał, przynajmniej nie za każdym razem. Fizycy wierzą bowiem, że Wszechświatów podobnych do naszego może być niezliczona ilość. Sami teoretycznie wiedzą też jak można by Wszechświat stworzyć i to bez użycia niebotycznych ilości energii i sprzętu, który „być może” kiedyś powstanie. W zasadzie już dziś przy użyciu maszyny przypominającej Wielki Zderzacz Hadronów można byłoby pokusić się o status stwórcy.

Przepis na Wszechświat jest całkiem prosty, a łatwość wynika ze szczególnej właściwości grawitacji, która posiada ujemną energię. Stworzenie Wszechświata nie wymaga więc nieprawdopodobnej ilości energii – zaledwie tyle, ile potrzeba do stworzenia czarnej dziury.

Czarne dziury sztucznie stworzone w akceleratorach cząsteczek mogłyby być mikroskopijne – bardzo mała masa ściśnięta do nieprawdopodobnie niewielkich rozmiarów. Ponieważ grawitacja posiada ujemną energię ich rozmiar nie ma jednak znaczenia: mogłyby bowiem rozprężać się i powiększać w innych wymiarach. Byłoby to dokładnie takie samo zjawisko jakie zainicjowało nasz Wszechświat – nagła ekspansja mikroskopijnej porcji materii.

Prawa fizyki nie wykluczają takiego scenariusza. Pytanie brzmi jednak, czy ktoś skorzystał już z tej metody produkcji Wszechświatów. Nie musiał to wcale być wszechmogący Bóg – wystarczyło, że odpowiednio inteligentna cywilizacja, opracowała sposób produkcji czarnych dziur. Raz utworzona dziura mogła stworzyć w innych wymiarach Wszechświat. Podobnie jak w naszym, tak i w nowopowstałym prawa fizyki doprowadziłyby do powstania gwiazd i planet, a ewolucja wykształciłaby życie.

Być może my sami jesteśmy efektem takiego naukowego eksperymentu innej, myślącej cywilizacji. Z punktu widzenia fizyki tacy ”ojcowie stworzyciele” nie mogliby ingerować w raz stworzony Wszechświat.

Trudno sobie wyobrazić cywilizację, która mogąc teoretycznie tworzyć inne Wszechświaty, nie pokusiłaby się, aby w wykorzystać swoją wiedzę w praktyce. Może się więc okazać, że podobny scenariusz jest bardzo częstą i powszechną praktyką. Na przestrzenia miliardów lat, miliony wystarczająco zaawansowanych cywilizacji mogły tworzyć inne Wszechświaty, w których powstawały kolejne cywilizacje, tworzyły kolejne i tak w nieskończoność.
media

Czy byłaby to odpowiedź na odwieczne pytanie o Stwórcę? Niekonieczne. Pierwszy „oryginalny” Wszechświat też musiał się skądś wziąć.

Kot każdego dnia okazuje, że cię kocha.

Koty nie należą do najbardziej wylewnych zwierząt. Zdarza się nawet, że ich właściciele mają żal, że nie okazują przywiązania i radości tak jak np. psy. Ponieważ jednak koty nigdy nie były zwierzętami stadnymi, nie wykształciły odruchów i zachowań jednoznacznie demonstrujących sympatię i przyjaźń. Nie znaczy to jednak, że nie potrafią ich okazać. Oto 10 sposobów, w jakie twój kot każdego dnia okazuje, że cię kocha.

Mruczenie

To jeden z najbardziej charakterystycznych, poza miauczeniem, dźwięków wydawanych przez koty. Powszechnie uznaje się, że mruczenie zawsze oznacza zadowolenie. Warto wiedzieć, że tak nie jest, koty mruczą w różnych sytuacjach. Na przykład kocica robi to, by uspokoić małe, młode kociaki mruczą, gdy chcą się bawić, mruczeniem jeden zwierzak daje sygnał drugiemu, że ma pozytywne zamiary. Mruczenie może też oznaczać coś niepokojącego, np. strach lub ból. Jeśli jednak kot mruczy w twojej obecności i robi to w charakterystyczny, „zadowolony” sposób, np. kiedy leży zwinięty u twoich stóp lub na kolanach, możesz być pewien, że robi to po to, by okazać uczucie i oznajmić „naprawdę cię lubię”.

Ocieranie

Czy zdarza się, że twój czworonożny przyjaciel z lubością ociera się o ciebie lub „przytula” do twojego policzka? A więc jest się z czego cieszyć – masz kota, który cię kocha. Wzdłuż ogona i przy jego podstawie, po obu stronach głowy, na wargach, brodzie, obok genitaliów i pomiędzy przednimi łapami kot ma gruczoły zapachowe, którymi znaczy swój teren. Przytulanie i ocieranie możesz więc traktować jako „oznaczenie cię” na przyjaciela. Przy okazji kot zostawia na tobie swój zapach na wypadek, gdyby jakiś intruz chciał mu cię odebrać.

Zdarza się też, że koty uderzają ludzi łepkiem, wygląda to trochę jak popularny „baranek”. Ten gest nie powinien wywoływać niepokoju, to wyraz akceptacji dla ciebie.

Turlanie

Czy twój kot kładzie się przed tobą na grzbiecie, wyciąga łapki i turla się? W ten sposób okazuje ci całkowite zaufanie. Odsłania brzuch, jedno ze swoich najbardziej delikatnych miejsce, wierząc, że nie zrobisz mu krzywdy. Jak reagować w takiej sytuacji? Przede wszystkim należy pamiętać, że turlanie nie oznacza prośby, by drapać czy „tarmosić” delikatny brzuch kota. Na takie zachowanie zareaguje on gwałtownym sprzeciwem, może nawet ugryźć lub podrapać. Gdy kot turla się przed tobą, możesz go delikatnie pogłaskać po głowie lub pyszczku, pobawić się z nim, albo po prostu ucieszyć się z wyznania, które w kocim języku oznacza mniej więcej „jesteś fajny, lubię cię”.

Ugniatanie

To zachowanie jest pozostałością po czasach wczesnej młodości. Małe kotki ugniatają sutki matki, by pobudzić je do wytwarzania mleka. Ten gest jest kojarzony także z zadowoleniem i bezpieczeństwem, jeśli więc zdarza się, że twój kot „ugniata”, na przykład leżąc na twoich kolanach, mówi ci w ten sposób, że jest zrelaksowany i czuje się bezpiecznie. Odruchowi ugniatania czasem może towarzyszyć ślinienie się. To także pozostałość po okresie niemowlęcym, kiedy kociak był karmiony przez matkę.

Przynoszenie ofiary

Nie przez wszystkich jest to lubiane. Zwłaszcza kobiety mają problem z zaakceptowaniem zachowania, na które istnieje co najmniej kilka wytłumaczeń. Najpopularniejsze z nich mówi, że zwierzę przynosi swoją ofiarę jako prezent dla kogoś, kogo kocha, a więc w takiej sytuacji opiekun powinien się czuć doceniony. Inna z teorii głosi, że kot uważa swojego właściciela za nie najlepszego łowcę i w ten sposób chce mu pokazać, jak należy polować. Niektórzy z kolei twierdzą, że zwierzę przynosi efekt swoich łowów w miejsce, w którym najczęściej jada i w którym czuje się bezpiecznie. Jedno jest pewne – to zachowanie należy łączyć z miłością, troską i przywiązaniem, więc nawet jeśli go nie lubisz, powstrzymaj się od okazywania niezadowolenia czy tym bardziej karania zwierzęcia.

Powolne zamykanie oczu

Oczy, nazywane czasem zwierciadłem duszy, odgrywają ważną rolę także u kotów. Już sam fakt, że są nieproporcjonalnie duże w porównaniu do pyszczka, świadczy o tym, że spełniają kilka ważnych funkcji. Wyczytasz w nich, czy twój kot jest przestraszony (mocno otwarte oczy i rozszerzone źrenice), agresywny (oczy zwężone), czy spokojny i zrelaksowany. Ten ostatni stan rozpoznasz po tym, że pupil będzie powoli otwierał i zamykał oczy. To oznaka, że czuje się pewnie i bezpiecznie. Jeśli więc kot siedzi na twoich kolanach z delikatnie przymkniętymi oczami i powoli porusza powiekami – oznacza to, że jesteś dla niego dobrym opiekunem.

Spanie

To dosyć przewrotny sposób na okazanie przywiązania. Prawdą jest jednak, że koty są śpiochami, niektóre z nich potrafią drzemać nawet 16 godzin na dobę. Śpiące zwierzę jest bezbronne, dlatego koty starannie wybierają przestrzeń na drzemkę. Zdarza im się wciskać się w małe, pozornie niewygodne miejsca. Robią to, by ograniczyć możliwości ewentualnego ataku. Wiedzą, że jeśli mają za sobą np. ścianę, nikt nie zaatakuje ich od tyłu. Gdy więc kot kładzie ci się na kolanach, albo zdarza mu się zasypiać u twoich stóp, pokazuje, że w twoim towarzystwie czuje się naprawdę bezpiecznie.

Lizanie

Czy zdarza się, że kociak liże ci twarz, dłonie lub włosy? Nie dla każdego jest to miłe, choć jednocześnie trudno wyobrazić sobie zwierzęcego opiekuna, któremu przyjemności nie sprawia delikatne lizanie po rękach. I słusznie, bo zwierzak w ten sposób okazuje swoje przywiązanie i radość. To jedno z jego pierwszych doznań – jako mały kociak, zanim jeszcze otworzył oczy, był lizany i myty przez matkę.

Delikatne gryzienie

Czasem kot bierze kawałek skóry człowieka w swoje zęby i przez chwilę ją przytrzymuje. Najczęściej robi tak z przedramieniem, policzkiem, palcem, a nawet nosem. Ten gest jest delikatny i nie wywołuje bólu – kot nie chce nas ugryźć, tylko pocałować, oczywiście na swój, koci sposób. W ten sposób zwierzę wskazuje, że czuje się kochane. Najczęściej po takim „pocałunku” następuje lizanie.

Ogon uniesiony do góry

Ogon służy kotu do oznajmiania, jaki ma humor. Jeśli chcesz wiedzieć jak się czuje twój pupil, obserwuj jego ogon. Uniesiony oznacza spokój i zadowolenie. Jeśli więc kociak biegnie na twoje powitanie z podniesionym do góry ogonem możesz być spokojny – nie dość, że ma dobry humor, to jeszcze okazuje, że cieszy się na twój widok. Możesz czuć się jak prawdziwy szczęściarz – twój kot naprawdę cię kocha i właśnie pokazuje ci, że z nikim nie jest mu tak dobrze jak z tobą.
media.pl

Mówią że świat dzieli się na tych co kochają koty i na tych co jeszcze o tym nie wiedzą. Bo kot naszym przyjacielem jest…

Żyjemy w ZOO a obcy przyglądają się nam z rozbawieniem.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę liczbę znanych nam galaktyk, gwiazd i okrążających je planet, wokół Ziemi powinno być mnóstwo pozaziemskich form życia, gdzie zatem się podziały? To pytanie – znane jako paradoks Fermiego – jest logiczne, jeżeli popatrzymy na ogrom wszechświata. Wymyślano już przeróżne odpowiedzi na tak postawione pytanie, ale jedną z najlepszych i najbardziej zastanawiających jest hipoteza ZOO.

Hipoteza ZOO została wymyślona w 1973 r. przez Johna Balla, astronoma MIT. Na podstawie hipotezy ZOO, przedstawiciele inteligentnych cywilizacji pozaziemskich unikają kontaktu z ludźmi lub unikają wpływu na ludzką cywilizację, obserwując ją z odległości – podobnie jak pracownicy zoo obserwują zwierzęta. Zwolennicy tej teorii twierdzą, że obcy mogą korzystać z aparatury ukrytej w Układzie Słonecznym do prowadzenia analiz i obserwacji ludzkości. Przedstawiciele obcej cywilizacji nawiążą z nami kontakt, gdy osiągniemy odpowiedni stopień rozwoju.

Innymi słowy: ludzkość jest tak prymitywna, że kosmici nie chcą się z nią kontaktować. Ma to sens, jeżeli założymy, że życie mogło ewoluować w znacznie szybszym tempie na innych planetach naszej galaktyki. Tempo, w jakim ludzkość rozwinęła się w ciągu ostatnich 100 lat, rzuca światło na to, jak dużo bardziej zaawansowana jest cywilizacja o 100 mln lat starsza.

„Sto lat temu nie mogliśmy komunikować się na międzygwiezdnych dystansach. Inne cywilizacje tysiące lat starsze od nas prawdopodobnie używają jeszcze bardziej zaawansowanych technologii, takich jak np. modulowane promienie gamma. My wciąż nie wiemy, jak ich użyć” – twierdzi John Ball.

Jeżeli hipoteza zoo jest prawidłowa, to gdzieś tam istnieje cywilizacja na tyle bardziej zaawansowana niż nasza, że nic dla niej nie znaczymy.

Z koncepcją ZOO wydawał się zgadzać Stephen Hawking, który jakiś czas temu powiedział, że obawia się, iż nasze sygnały wysyłane w przestrzeń kosmiczną zostaną odebrane przez wrogo nastawione formy życia. Mamy niewiele czasu na ewolucję, zważywszy na to, że za 1000 lat… nie będzie nas już na Ziemi.
media

Teoria dobra jak każda, bo jesteśmy jak pijane dzieci we mgle. Chcemy podbijać kosmos a nie znamy tego co na Ziemi i tego co jest w nas samych…

Odpowiedź na pytanie „jak pompować opony” jest dość prosta…

Wokół pompowania opon powstało wiele mitów. Tymczasem odpowiedź na pytanie, „jak pompować opony” jest dość prosta.

Opony należy pompować, a przynajmniej sprawdzać ciśnienie w kołach, możliwie często – przynajmniej raz w miesiącu. Jest bowiem naturalne, że powietrze stopniowo „ucieka” z opon zarówno przez pory gumy, jak i przez niedoskonałe zaworki. Ze sprawnego koła może uchodzić ok. 0,1 bara w ciągu miesiąca.

Na ciśnienie w kołach mają wpływ nie tylko naturalne ubytki powietrza, lecz także temperatura otoczenia. Ma to duże znaczenie zimą, gdy temperatury spadają do minus kilkunastu stopni Celsjusza – wówczas szczególnie często zdarza się, że mamy w kołach zdecydowanie za niskie ciśnienie. Nie tylko powoduje to przyspieszone zużycie opon, lecz także zwiększoną podatność na uszkodzenia mechaniczne. W takiej sytuacji należy opony dopompować jak najszybciej – jeśli w czasie mrozów nie działają ogólnodostępne kompresory na stacjach benzynowych, warto podjechać do warsztatu wulkanizacyjnego.

Ekspert radzi: Im, wyższe ciśnienie w kołach, tym mniejsze opory toczenia, mniejsza podatność opon na usterki mechaniczne, ale też niższy komfort jazdy i nieco gorsza przyczepność na ośnieżonej nawierzchni. Stąd wniosek: ciśnienie powietrza w kołach, które zawsze jest pewnym kompromisem, powinno być optymalnie dobrane do aktualnej potrzeby.

O tym, jaką powinno mieć wartość, dowiemy się z wlepki, jaka znajduje się w każdym samochodzie na słupku czy klapce wlewu paliwa. Sugestię, by dopompować koła w przypadku pełnego obciążenia samochodu, warto traktować serio; i odwrotnie: jeżdżąc niemal pustym samochodem, warto czasem upuścić nieco powietrza. Ciśnienie w kołach można zwiększyć w przypadku pokonywania dłuższych tras z większą prędkością – do wartości rekomendowanych dla auta obciążonego.

Czy warto pompować koła azotem? Jest to niewątpliwie bardzo dobry gaz do pompowania kół: jest obojętny dla materiałów, z którego wykonane są opony, opona napompowana azotem dobrze trzyma ciśnienie, nie reaguje gwałtownym wzrostem lub spadkiem objętości na zmiany temperatury. Warto jednak wiedzieć, że w zwykłym powietrzu atmosferycznym znajduje się… ok. 78% azotu. Należy sobie uświadomić, że opony do samochodów osobowych są przystosowane do pompowania ich zwykłym powietrzem atmosferycznym. Wreszcie – przypadki zużycia wewnętrznej części opon z powodu zastosowania powietrza atmosferycznego – właściwie nie zdarzają się. Wreszcie – w normalnym samochodzie osobowym zastosowanie azotu raczej nie będzie w jakikolwiek sposób odczuwalne przez kierowcę. Wniosek: pompowanie azotem absolutnie nie zaszkodzi, ale też lepiej nie liczyć na wyraźne korzyści z nim związane. Z azotem czy bez – zaleca się kontrolę ciśnienia powietrza w oponach raz na miesiąc.
media

Lepiej pompować niż nie… a ogólna zasada jest taka – pompować należy tak, aby ilość powietrza na górze i dole opony była jednakowa. 😉

Prosty trik na zsuwające się z palców plastry opatrunkowe.

Niezależnie od rodzaju wszystkie plastry opatrunkowe mają jedną wspólną, irytującą cechę – przyklejone na palec zsuwają się z niego z byle powodu. Ten bardzo prosty trik sprawi, że pozostaną na swoim miejscu o wiele dłużej – potwierdzają to pielęgniarki.

Tradycyjne białe cięte „z metra”, wodoodporne w kolorze skóry czy z kolorowymi nadrukami – wszystkie plastry opatrunkowe mają tendencję do zsuwania się z palców i zostawiania lepiących się śladów z kleju.

Żeby tego uniknąć, wystarczy zastosować prostą sztuczkę. Jedyne, czego potrzebujesz, to nożyczki: najpierw nacinasz plaster wzdłuż z obu stron, pozostawiając prostokątny wacik nienaruszony.

W drugiej kolejności naklejasz go na palec, zawijając każdy z czterech powstałych po przecięciu końców „na krzyż”, czyli po przekątnej. Dzięki temu plaster będzie się lepiej trzymał i dłużej pozostanie na swoim miejscu.
media

To działa…

Prosty trik na zsuwające się z palców plastry opatrunkowe.