Kot na ławie oskarżonych. Czy „naukowcy” doprowadzą do eksterminacji kotów w Polsce?

Ok. 631 mln ssaków i niemal 144 mln ptaków pada w Polsce co roku ofiarą kotów – szacują naukowcy. Podkreślają, że aktywność tych drapieżników w skali kraju negatywnie wpływa na bioróżnorodność, np. na zagrożone gatunki ptaków.

Oszacowania, dotyczące liczby zwierząt padających ofiarą kotów na terenach wiejskich na terenie Polski, przeprowadzili: dr Dagny Krauze-Gryz ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) w Warszawie, dr Jakub Gryz z Instytutu Badawczego Leśnictwa w Raszynie i dr Michał Żmihorski z Instytutu Biologii Ssaków PAN. Wyniki badań przedstawili na łamach „Global Ecology and Conservation”.

Z ich obliczeń wynika, że wiejskie koty przynoszą do domów około 48,1 mln drobnych ssaków (ich faktyczna liczba mieści się w przedziale od 41,2-55,4 mln) oraz 8,9 miliona ptaków (pomiędzy 6,7 a 10,9 mln) każdego roku.

Jeszcze więcej zwierząt koty zjadają. Szacunki dotyczące liczby ich ofiar mówią o 583,4 mln ssaków (ich liczba znajduje się w przedziale 505,3-667 mln) oraz 135,7 milionach ptaków (103,9–171,3 mln) w skali roku.

W przypadku ptaków ofiarą kotów padają najczęściej popularne gatunki, które gniazdują w pobliżu ludzkich osiedli. Są to np. wróble, mazurki czy szpaki – gatunki, których liczebność generalnie w Polsce maleje. Na atak kotów narażone są też ptaki zakładające gniazda na ziemi, np. pliszka żółta, skowronek czy pokląskwa. Prowadzone w Anglii badania wskazują, że koty mogą odpowiadać nawet za 30 proc. przypadków śmierci w tamtejszej populacji wróbla. Koty mogą też wpływać na ptaki pośrednio. Badania amerykańskie dowodzą np., że stres wywołany ich obecnością może zmniejszać płodność u ptaków.

Wiadomo było, że koty zabijają dużo, ale prezentowane przez nas estymacje nawet nas zaskakują. Zawsze w takich sytuacjach jest problem z precyzją oszacowań, ale dane, które mamy, wskazują na takie właśnie liczby – komentuje dr Michał Żmihorski z IBS PAN.

Dr Dagny Krauze-Gryz z SGGW zauważa, że o problemie drapieżnictwa kotów mówi się i pisze coraz więcej. Wynika to z faktu, że kotów przybywa – ich liczba jest skorelowana z liczbą ludzi i jednocześnie nie zależy ona od liczby ich ofiar. Badaczka zaznacza zarazem, że tereny rolnicze Polski stanowią ważną ostoję (również w skali Europy) ptaków związanych z krajobrazem rolniczym. Ich liczebność jednak spada, głównie za sprawą zmian zachodzących w gospodarce rolnej.

Nasze badania pokazały, że koty na wsi są kolejnym czynnikiem, mogącym zagrażać ptakom i innym kręgowcom tych terenów – podkreśliła badaczka.

Autorzy publikacji przypominają, że w Polsce żyje około 94 mln par lęgowych ptaków (jest to łączna liczba wszystkich gatunków). Wykazali, że koty na wsiach mogą zabijać bardzo duży odsetek z tej liczby. Najwięcej ptaków koty zabijają na wiosnę (apogeum łowów przypada w marcu), a najmniej w listopadzie. To pozwala sądzić, że ofiarami kotów padają ptaki młode, co może ograniczyć produktywność ptasich populacji.

Ssaki – głównie gryzonie – padają ofiarą kotów najczęściej jesienią, bo wtedy właśnie jest ich w przyrodzie najwięcej.

Dr Krauze-Gryz zwraca uwagę, że koty na wsi nie są traktowane jak domowe pupile – trzyma się je głównie po to, aby łapały myszy. – Pewnie dlatego są bardzo słabo karmione – a czasem wcale, resztkami niezaspokajającymi ich potrzeb pokarmowych, co zmusza je do polowania – mówi.

Ekspertka dodaje, że na świecie podejmuje się działania, mające uświadomić ludziom negatywny wpływ ich kotów na faunę. Zwraca się też uwagę na zagrożenia, na jakie narażone są koty wychodzące na dwór, np. na ryzyko wypadków na drogach. – Jednak w przypadku Polski trudno o skuteczne działania, skoro dbałość wielu właścicieli kotów o ich dobrostan jest bardzo ograniczona – mówi naukowiec z SGGW.

Według naszych obserwacji koty na wsi są często zaniedbane, źle karmione, muszą polować, by przeżyć. Jest to efekt niewiedzy właścicieli lub zwyczajnie ignorowania przez nich potrzeb żywieniowych kotów – potwierdza dr Żmihorski.

Aby ocenić skalę drapieżnictwa ze strony wolno żyjących kotów w stosunku do drobnych ssaków i ptaków na terenach wiejskich w Polsce, naukowcy zebrali dane nt. średniej liczby kotów w gospodarstwach oraz wykorzystali wcześniejsze informacje o różnorodności gatunkowej ofiar kotów, jak też ich liczbie. Dane zebrano na Mazowszu w obrębie przeciętnych gospodarstw. Następnie naukowcy dokonali ekstrapolacji obliczeń z mniejszego obszaru – na teren całej Polski. W ten sposób oszacowali całkowitą skalę drapieżnictwa ze strony przebywających na swobodzie kotów w stosunku do ssaków i ptaków.

Dagny Krauze-Gryz zastrzega, że taki zabieg – jak każda inna ekstrapolacja – jest obarczony błędem. „Założyliśmy, że intensywność polowania monitorowanych przez nas kotów i liczba kotów w gospodarstwach są pewną średnią. Oczywiście musimy liczyć się ze zmiennością w skali kraju, np. odnośnie liczby kotów trzymanych w gospodarstwach; tego, w jaki sposób – i czy w ogóle – koty są karmione, co przekłada się na poziom drapieżnictwa w skali lokalnej. Wydaje nam się jednak, że ewentualny błąd nie ma dużego znaczenia” – mówi.

Jak podkreśla, chodziło głównie o pokazanie skali problemu. – A ten jest niepodważalny: koty zabijają miliony kręgowców rocznie na terenach rolniczych w skali całego kraju – mówi.

W ostatnich latach przybywa naukowych argumentów, że koty stanowią czynnik ryzyka niesprzyjający przetrwaniu gatunków zagrożonych, np. ptaków. Autorzy publikacji przypominają, że koty domowe polują na dzikie kręgowce i ograniczają ich liczebność, prowadząc do wymierania w skali lokalnej. Szacuje się, że w samej Kanadzie co roku koty zabijają co roku od 100 do 350 milionów ptaków, a w USA jest to od 2,4 miliarda do 12,3 miliarda ssaków!

Według Michała Żmihorskiego wnioski z badania zmuszają do refleksji na temat priorytetów w ochronie przyrody. – Skoro koty zabijają tak wiele zwierząt, to dlaczego nic z tym nie robimy? Obecnie sytuacja prawna wydaje się być niekonsekwentna: jeśli celowo zabiję chroniony gatunek ptaka, ponoszę konsekwencje, jeśli wypuszczę kota, który – wiemy to m.in. z naszych badań – zabija dziesiątki gatunków chronionych, nie ponoszę żadnych konsekwencji – zauważa.

Autorzy badania postulują edukowanie właścicieli kotów, którzy niewiele wiedzą o szkodliwości swoich zwierząt. – Sugerujemy też wprowadzenie rozwiązań prawnych, które – podobnie jak w przypadku psów – ograniczyłyby możliwość swobodnego poruszania się kotów i obciążyły właścicieli odpowiedzialnością za szkody w środowisku – mówi dr Żmihorski.

Według nieoficjalnych danych w Polsce żyje ok. 6 mln kotów. Tylko część z nich to koty typowo domowe, które świat znają zza szyby. Reszta to koty okresowo lub stale przebywające na zewnątrz – wypuszczane na dwór, żyjące „przy domu”, albo zdziczałe.
media

Ci naukowi idioci zapominają, że koty spełniają bardzo pożyteczną rolę jeżeli chodzi o ochronę przed gryzoniami-myszami i szczurami (roznosicielami chorób). W przypadku wypowiedzenia wojny kotom, wyniszczenia ich, zostałaby naruszona równowaga biologiczna. Kot to najbezpieczniejszy, najpewniejszy, najtańszy i długoterminowy sposób deratyzacji. Kot to sprzymierzeniec człowieka. Historia natomiast uczy, że zwalczanie kotów nigdy dobrze nie kończyło się dla społeczeństwa.

Zagadka neandertalczyka.

Jesteśmy coraz bliżej wyjaśnienia tajemnicy zagłady naszych kuzynów – neandertalczyków. Zaskakujące wyniki badań ich DNA.

Badania przeprowadził międzynarodowy zespół pod kierunkiem prof. Svante Pääbo z lipskiego Instytutu Antropologii Ewolucyjnej Maksa Plancka. Uczeni zastosowali nową metodę sekwencjonowania DNA zwaną primer-extension capture, która zamiast analizy całego materiału genetycznego pobranego z kości zawierającej też DNA licznych mikroorganizmów obejmuje jedynie wybrane jego fragmenty. – Nowa metoda pozwala na wyłowienie, jeszcze przed sekwencjonowaniem, wyłącznie neandertalskiego DNA. To dramatycznie redukuje koszty całej procedury i pozwala sekwencjonować ten sam gen jednocześnie u wielu osobników – wyjaśnia Adrian Briggs, młody naukowiec, który pod kierunkiem prof. Paabo wykonał większość prac sekwencyjnych.

Dzięki temu naukowcy mogli odczytać cegiełka po cegiełce całe mitochondrialne DNA aż pięciu neandertalczyków i kawałek mitochondrialnego DNA szóstego. To ogromny postęp, bo do tej pory udało się zsekwencjonować taki materiał genetyczny u zaledwie jednego osobnika. Co ważne, analizowane przez zespół Briggsa próbki pochodziły od istot żyjących w różnym czasie oraz miejscach – obejmujących swym zasięgiem praktycznie cały obszar występowania gatunku w Europie.

Północ kontynentu reprezentowały dwa osobniki żyjące ok. 40 tys. lat temu w Niemczech – ich szczątki znaleziono w jaskini Kleine Feldhofer w północnych Niemczech. Południe – neandertalczyk sprzed 38 tys. lat, którego kości odkopano na terenie Chorwacji w jaskini Vindija. Zachód – bywalec hiszpańskiej groty El Sidrón zamieszkujący tereny Półwyspu Iberyjskiego ok. 39 tys. lat temu. Oprócz tego naukowcy przebadali całkowicie mitochondrialne DNA pobrane z kości neandertalczyka żyjącego 60-70 tys. lat temu, a znalezionego na terenie rosyjskiej jaskini Mezmaiskaja na Kaukazie oraz częściowo przeanalizowali materiał genetyczny pobrany od innego osobnika żyjącego w tym samym miejscu 41 tys. lat temu.

W sumie wraz z zsekwencjonowanym wcześniej mitochondrialnym DNA jeszcze jednego neandertalczyka z chorwackiej Vindii dysponowali sześcioma różnymi profilami genetycznymi naszych kuzynów. Warto podkreślić, że dane te nie obejmowały całego neandertalskiego DNA, a jedynie mitochondrialne, czyli to, które każdy z nich (i każdy z nas) dostał od swojej matki. Znajduje się ono w mitochondriach – komórkowych fabrykach energii. Jest go znacznie mniej niż DNA jądrowego (to jego niewątpliwy atut), a ponadto dzięki swojej stosunkowo dużej zmienności stanowi dobry materiał badawczy.

Pozornie sześć próbek to tyle co nic, a jednak analiza i porównanie mitochondrialnego neandertalskiego DNA z 53 próbkami pochodzącymi od współczesnych ludzi przyniosło zdumiewające wyniki.

Okazało się, że pod względem genetycznym neandertalczycy (przynajmniej w linii matczynej) byli bardzo słabo zróżnicowani. Ekipa Paabo ustaliła, że przez cały okres istnienia gatunku Homo neanderthalensis różnorodność ta wynosiła zaledwie jedną trzecią tego, co reprezentuje obecnie żyjący Homo sapiens. Co ciekawe, nawet w porównaniu z dzisiejszymi mieszkańcami samej Europy pradawni mieszkańcy tego kontynentu wypadali blado – ich zróżnicowanie genetyczne było o 37 proc. mniejsze od naszego.

Co jednak wynika z tych wszystkich wyliczeń?

Po pierwsze, łączna liczba żyjących w tym samym czasie neandertalczyków była niewielka, prawdopodobnie nie sięgała nawet 3,5 tys. zdolnych do rozmnażania kobiet. – Tak nam wychodzi ze statystyki. Oczywiście wszystkich neandertalczyków było znacznie więcej, ale nie wszystkim udawało się spłodzić zdolne do przeżycia potomstwo – twierdzi Briggs. – Trudno jednak oszacować całkowitą wielkość populacji, w sumie mogło ich być kilkadziesiąt tysięcy, może trochę ponad to.

Badania ujawniły też, że większość neandertalczyków była ze sobą blisko spokrewniona. Identyczną sekwencję mitochondrialnego DNA wykryto u osobników żyjących w Niemczech i Chorwacji. Miejsca te dzieli aż 850 km (gdyby dzisiaj jakiś europejski genetyk chciał znaleźć swojego krewnego w równie dalekiej krainie, musiałby zbadać DNA aż 30 osób, a nie sześciu, jak w przypadku neandertalczyków). Oczywiście nie znaczy to, że badani osobnicy z północy i południa Europy byli braćmi czy siostrami, zwłaszcza iż analizowane próbki dzieli ogromna przestrzeń także w czasie.

Niewykluczone, że kiedyś, na początku istnienia gatunku różnorodność genetyczna Homo neanderthalensis była większa, ale potem się zmniejszyła. – Możliwe, że niektóre małe grupy neandertalczyków zyskały przewagę nad innymi – twierdzi Briggs. Być może była ona związana z wyższością technologiczną lub kulturową. Sprawiła, że doszło do wymarcia słabszej części populacji. To mogło zredukować różnorodność genetyczną wśród neandertalczyków.

Taki ewolucyjny sukces niewielkiej grupy mógł mieć dramatyczne konsekwencje dla całego gatunku. Mniejsza różnorodność genetyczna oznacza bowiem m.in. gorszą odporność na choroby lub niezdolność do adaptacji w obliczu zmieniających się warunków życia, na przykład ocieplenia lub ochłodzenia klimatu.

Czy mniejsza niż w przypadku Homo sapiens różnorodność genetyczna rzeczywiście przyczyniła się do zagłady neandertalczyków 28-24 tys. lat temu?

Hipoteza ta wydaje się dość logiczna, zwłaszcza w kontekście ostatnich odkryć. Wynika z nich, że pod względem technologicznym i intelektualnym nasi kuzyni w niczym nam nie ustępowali, co jeszcze nie tak dawno sugerowali niektórzy uczeni. Neandertalskie narzędzia – odłupki – nie były wcale gorsze od wiórów preferowanych przez pradawnych Homo sapiens, zaś znalezione we francuskim Pech de l’Azé setki kredek zawierających tlenki manganu sugerują, iż malowanie ciała stanowiło u neandertalczyków (oprócz mowy) dodatkową formę komunikacji.

Jednak według Briggsa czynnikiem, który zadecydował o zagładzie neandertalczyków, była ich niewielka liczba. – Nasze badania sugerują, że na ogromnym obszarze Europy żyło ich w sumie niewielu. Na dodatek byli podzieleni na małe grupki – mówi Briggs.

Mogli więc nie wytrzymać konkurencji ze strony Homo sapiens w wyścigu o dostęp do pożywienia albo wręcz ucierpieć na skutek zbrojnego konfliktu z naszymi przodkami. Niewykluczone też, że zachodzące kilkadziesiąt tysięcy lat temu zmiany europejskiego klimatu nadwątliły zdrowie neandertalczyków.

Możliwe też, że oba te czynniki wystąpiły równocześnie, co zredukowało liczebność neandertalczyków poniżej punktu krytycznego pozwalającego na odrodzenie się całego gatunku – dodaje Briggs.
media

Neandertalczyk podobno jest w każdym z nas, czyli tak całkiem nie wyginęli…

Romowie zwani Cyganami.

Istnieje na świecie wiele narodów, o których nie wiemy prawie nic. Mimo powszechnego przekonania, że świat jest tak naprawdę „mały”, wiele jego zakątków pozostaje niezbadanych i niezrozumiałych dla przeciętnego mieszkańca Europy. Z racji olbrzymiej odległości względem niektórych poukrywanych na globie zakamarków, jasne jest, że nazwy pewnych ludów będą dla nas nie lada zagadką. Nie wiemy na ogół, kim są Jorubowie, Janomami, czy Kanakowie, nie wiemy nawet, z którą częścią świata powinniśmy ich kojarzyć.

O ile jednak nie ma niczego złego w tym, że trudno nam ogarnąć umysłem obszar całego świata, o tyle dziwne wydaje się, że równie mało wiemy o ludach, które sąsiadują bezpośrednio z nami, lub też, w pewnej mierze, należą do naszego społeczeństwa. Najbardziej charakterystycznym tego przykładem są Romowie.

Romowie, w Polsce zwani „Cyganami”, są grupą etniczną każdemu na pozór znaną. O jej pochodzeniu powstawało jednak wiele różnorakich teorii, także tych zupełnie nieprawdopodobnych. Brak zrozumienia dla zupełnie odmiennej kultury i trybu życia doprowadził z kolei do rozrostu czegoś, co we współczesnym języku określić można byłoby jako „czarny PR”.

Kim zatem są Romowie? Jak znaleźli się w Polsce i Europie? Czym różnią się od nas? I dlaczego dzisiejsi Polacy uparcie mylą ich z Rumunami?

Romowie są grupą etniczną pochodzenia indyjskiego. Ich etnogeneza (proces wyodrębnienia się) rozpoczęła się w 500 roku n.e., w centralnej części Półwyspu Indyjskiego. Podczas muzułmańskich najazdów (VIII-X wiek) przodkowie dzisiejszych Romów opuścili Indie. Przez Persję dotarli do Armenii, a stamtąd na Peloponez do Grecji oraz na tereny dzisiejszej Jugosławii i innych krajów bałkańskich. Nieco później wędrować zaczęli także na Zachód.

Dla Europejczyków myląca jest nazwa. „Romowie”. Mimo iż pozornie brzmi znajomo, pamiętać należy, że nie ma nic wspólnego ani ze starożytnym Rzymem (Roma), ani z Rumunią. Rumuni są narodem wschodnioromańskim, etnicznie spokrewnionym raczej z ludami italskimi (Francuzami, Włochami). Do dziś Romowie zamieszkują głównie Półwysep Bałkański oraz Europę Południowo-Wschodnią i Centralną, silnie obecni są także na Półwyspie Iberyjskim oraz we Francji.

Początkowo egzotyczni przybysze nie spotkali się z negatywnymi reakcjami ze strony społeczeństw europejskich. Przyjęto i powszechnie uwierzono w ich opowieść o wędrówce będącej pokutą za grzechy. Zwłaszcza w Europie Zachodniej, przekonanej o swej chrystianizacyjnej misji, przyjmowano Romów jako pokutników lub uchodźców. Zakładano, że wyznają wiarę w Chrystusa oraz że uciekają przed prześladowaniami religijnymi z Egiptu i krajów islamskich.

Już w wieku XVI, kiedy Stary Kontynent stawał się coraz bardziej jednolity kulturowo, Romowie stali się grupą zbyt odróżniającą się, by nie wzbudzać niechęci. Odmienność Romów była nie tylko dość charakterystyczna, lecz także nieulegająca (wraz z upływem czasu) niwelacji. Wręcz przeciwnie, z niezwykłym zacięciem i przywiązaniem do tradycji, Cyganie kultywowali własne zwyczaje. Przemieszczali się z miejsca na miejsce, za wykonywane prace rzemieślnicze pobierali opłatę w formie żywności, a przede wszystkim zachowywali swój własny język.

W wieku XVI, kiedy przez Europę przetaczała się fala wędrowców – będących często czy to fanatykami religijnymi, czy walczącymi z Kościołem żebraczymi zakonnikami, czy też grupami przestępczymi, nierzadko niosącymi choroby zakaźne – wszystkie ludy koczownicze i półkoczownicze zostały przed władców „wzięte na celownik”. Powstawać zaczęły edykty i postanowienia godzące w osoby uprawiające wędrowny tryb życia. Romowie, dla których wędrówka była niezwykle charakterystyczną cechą kulturową, nie potrafili z dnia na dzień pozbyć się swojej tożsamości. Na nich spadły w związku z tym najsilniejsze prześladowania.

W 1539 Romowie na mocy edyktu zostali wydaleni z Francji, w 1530 nakazano im – pod groźba kary więzienia lub kary śmierci – opuścić Anglię. W Hiszpanii przeprowadzano pierwszą w historii Romów planową akcję asymilacyjną. Niemiecki edykt banicyjny z 1577 z kolei sprawił, że Romowie osiedlali się w Polsce. W Rzeczpospolitej także wydano kilka postanowień regulujących kwestie cygańskie, jednak egzekwowano je połowicznie, raczej wyrażając nieoficjalną zgodę na tradycyjny dla Romów styl życia.

Najcięższa sytuacja panowała w księstwach naddunajskich (dzisiejszej Rumunii), gdzie Cyganów sprowadzono do roli niewolników. Zamieszkujący dane terytorium Rom stawał się w imię prawa własnością księcia. Jeszcze w roku 1811 kodeks karny terenów Rumunii, Mołdawii i Wołoszczyzny stwierdzał, że każdy Cygan jest, z racji swojego urodzenia, niewolnikiem.

Do I wojny światowej Romowie poddawani byli licznym, często brutalnym akcjom asymilacyjnym – chociażby w imperium Habsburgów. Jednocześnie powstawały nowe legendy na ich temat. Sugerowano, że są oni grupą wyjętych spod prawa wyrzutków, którzy dla celów przestępczych stworzyli własny żargon.

Nie ustawała jednak fascynacja ich kulturą, łączącą elementy okultyzmu z organizacją społeczną, podkreślającą rolę rodziny i klanów. Stereotyp obcego, niezakorzenionego, „uprawiającego czary” Cygana powracał też w literaturze (na przykład u Wiktora Hugo, gdzie pięknej Esmeraldy z „Dzwonnika z Notre Dame” pożądają, ale i boją się wszyscy mężczyźni).

Bezprecedensowa eksterminacja Romów, jakiej dokonali hitlerowcy, porównywalna jest z eksterminacją Żydów. W latach istnienia III Rzeszy zgładzono ponad 20% całej populacji romskiej!

Od połowy XX wieku w krajach Europy Zachodniej następuje demokratyczne równouprawnienie Romów. Jednak trudno powiedzieć, aby w pełni pozwalano im na kontynuację swojej umierającej już „prawdziwej” kultury. Po Europie nie krążą cygańskie tabory, a romskie dzieci objęte są powszechnym obowiązkiem edukacji. Osiadły tryb życia europejczyków powoduje, że nie mogą oni do końca zrozumieć stylu życia tak głęboko odmiennego od tego, do czego w większości swej przywykli.
media

Romowie to naród o negatywnej opinii i to nie tylko w naszym kraju. To są ludzie którzy unikają asymilacji z społeczeństwem. Wcale się nie dziwię ludziom którzy nie chcą mieć Cyganów za sąsiadów, zwykle oznacza to kłopoty takie czy inne.

Skoro ktoś nie chce żyć w społeczeństwie i nie chce uznać jego zasad, to powinien poważnie zastanowić się nad sensem życia między nami. Niech wrócą tam skąd przyszli, albo niech się wtopią w społeczeństwo przyjmując jego zasady.

Brydż z powodu braku wysiłku fizycznego nie może być sportem. Niezbadane są wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE…

Z powodu braku komponentu wysiłku fizycznego brydż nie może być uznany za dyscyplinę sportu – orzekł Trybunał Sprawiedliwości UE. O orzeczenie w tej sprawie zwrócił się brytyjski związek, licząc na objęcie zwolnieniem od podatku VAT.

Zdaniem przedstawicieli związku, zakwalifikowanie do grupy płatników wyłączonych z podatku VAT pozwoliłoby obniżyć wysokość składek członkowskich czy opłat, jakie grający muszą wnieść, by wziąć udział w turniejach.

Wniosek o takie zakwalifikowanie związek złożył najpierw w brytyjskim sądzie, a po niekorzystnych dla siebie wyrokach dwóch instancji zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu.

Rzecznik generalny Trybunału przychylił się do argumentacji związku. W swojej opinii (niewiążącej dla Trybunału) zaznaczył, że definicja sportu poczynając od pierwszych igrzysk olimpijskich w Atenach (1896 r.) przeszła daleko idącą ewolucję. Obecnie za sport uznawane są także wszelkiego rodzaju gry powiązane z aktywnością umysłową, a nie fizyczną, czego przykładem są szachy. Co więcej, zmiany, zdaniem rzecznika, dotyczą też brydża, skoro Międzynarodowy Komitet Olimpijski w 1999 r. uznał go za jeden ze sportów umysłowych.

W ogłoszonym wyroku Trybunał nie podzielił jednak tej interpretacji i przyznał rację sądom, powtarzając w dużej mierze argumentację, że aby dana dziedzina działalności mogła zostać zakwalifikowana jako sport, musi zawierać w sobie element wysiłku fizycznego.

Trybunał zaznaczył jednak, że zwrócono się do niego nie o ustalenie znaczenia pojęcia „sportu” w ogóle, lecz o dokonanie jego wykładni w ramach dyrektywy VAT.

Sędziowie byli zdania, że wobec braku jakiejkolwiek definicji pojęcia „sportu” w tej dyrektywie, w myśl utrwalonego orzecznictwa, wyraz ten należy określić zgodnie z jego zwykłym znaczeniem w języku potocznym, przy jednoczesnym uwzględnieniu kontekstu, w którym został on użyty.

Orzeczenie stwierdza ponadto, że w kontekście zwolnień z VAT, które powinny być interpretowane w sposób ścisły, wykładnia pojęcia „sportu” znajdująca się w tej dyrektywie ogranicza się do aktywności odpowiadających zwykłemu znaczeniu tego pojęcia, które cechują się „niepozbawionym znaczenia” elementem fizycznym.

Pomimo przyznania, że brydż porównawczy (zwany również sportowym) angażuje logikę, pamięć, strategię i może stanowić aktywność korzystną dla zdrowia psychicznego i fizycznego tych, którzy ją wykonują regularnie, Trybunał orzekł, iż fakt, że aktywność wspiera zdrowie fizyczne i psychiczne, nie jest sam w sobie elementem wystarczającym dla uznania, że aktywność ta wchodzi w zakres pojęcia „sportu” w rozumieniu owej dyrektywy – czytamy w komunikacie.

W podsumowaniu orzeczenia Trybunał nie wykluczył jednak, że państwa członkowskie mogą uznać brydż porównawczy za dziedzinę wchodzącą w zakres pojęcia „usług kulturalnych”, objętych w dużej mierze zwolnieniami z podatku VAT.

Brytyjski związek brydża nie wypowiedział się dotychczas, czy będzie chciał skorzystać z takiej możliwości.
media

Jedno wiemy teraz na pewno, pracując tylko głową sportowcem w Unii Europejskiej nie zostaniesz. Bez spocenia się nie da rady…

Bombowce B-52 jak wino, im starsze tym lepsze… My remontujemy stare czołgi, amerykanie stare bombowce, stare robi się modne….

Amerykańscy wojskowi chcą, żeby zbudowane w szczycie zimnej wojny wielkie bombowce B-52 służyły nadal i latały nawet po 80-90 lat. Więcej niż jakikolwiek inny samolot bojowy USA. Właśnie trwają analizy, co trzeba z nimi zrobić w najbliższych latach, żeby miało to sens.

Amerykanie mają obecnie 76 bombowców B-52 w wersji H. Ostatni opuścił fabrykę w 1962 roku, czyli najmłodszy ma 58 lat. To bardzo poważny wiek jak na samolot bojowy, ponieważ standardem jest po maksymalnie 30-40 lat służby.

Pentagon jest jednak zadowolony z weteranów. Co więcej – chce, żeby B-52 latały nawet do lat 50 XXI w., co oznacza, że ostatnie mogą mieć nawet po 90 lat. Wydawałoby się, że nie ma to sensu, ponieważ bombowce będą tragicznie przestarzałe. Amerykanie planują jednak w najbliższych latach poddać B-52 poważnym modyfikacjom.

Według najnowszych informacji, po ich przejściu maszyny będą nosiły oznaczenie B-52J. Pisze o tym portal „Aviation Week”, powołując się na plany ujawnione przez USAF (lotnictwo wojskowe USA) podczas zamkniętej prezentacji dla przedstawicieli przemysłu. Wojskowi chcą nie tylko wymienić zabytkowe silniki maszyn, o czym wiadomo już od 2017 roku, ale chcieliby też przy okazji wymienić sporą część elektroniki i innych drobnych elementów samolotów.

Kluczowym zabiegiem ma być jednak odmłodzenie napędu. B-52H latają obecnie przy pomocy silników TF33 reprezentujących poziom technologiczny końca lat 50. Jak na współczesne standardy są wyjątkowo paliwożerne i słabe. Każdy wielki bombowiec musi mieć ich osiem, żeby dały mu zadowalające możliwości. Dodatkowo od lat nikt ich nie produkuje, więc serwisowanie i zastępowanie tych nienadających się do naprawy jest bardzo drogie, bo wszystko trzeba robić na zamówienie.

Wymiana silników na nowe (każdy bombowiec ma mieć po cztery, zamiast ośmiu TF33) ma zacząć się w 2022 roku. Taki zabieg zajmie wiele miesięcy lub nawet ponad rok, więc będzie to dobra okazja do przeprowadzenia reszty zabiegów odmładzających. Według „Aviation Week” USAF myśli między innymi nad całkowitym unowocześnieniem wyposażenia kokpitu (obecnie to mieszanka zabytkowych i stosunkowo nowych rozwiązań), nowymi systemami samoobrony (np. do zakłócania radarów wroga) czy nowymi fotelami kataplutowymi.

W efekcie B-52 mają stać się bombowcami zdolnymi działać na polu walki do połowy XXI wieku. Z maszyn, które wyjechały z fabryki na początku lat 60. ma zostać głównie skorupa, choć też po licznych zabiegach odmładzających.

Amerykanie i tak nie planują wysyłać powolnych oraz świetnie widocznych dla radarów B-52 tam, gdzie mogą napotkać zagrożenie. Koncepcja ich wykorzystania zakłada, że będą latającymi ciężarówkami dla nawet kilkudziesięciu ton precyzyjnie naprowadzanego uzbrojenia dalekiego zasięgu. Będą je zrzucać lub odpalać z dystansu – unikając wroga, albo uderzając w takiego wroga, który i tak nie może się bronić.

Towarzyszyć im będą zupełnie nowe bombowce B-21, które mają zacząć się pojawiać w USAF w połowie przyszłej dekady. Nowoczesne maszyny budowane zgodnie z technologią „stealth” (trudne do wykrycia przez radary), są obecnie na fazie powstania prototypu lub jego testów. Dokładnie nie wiadomo ze względu na utajnienie prac. Ma ich powstać nawet około stu. To B-21 mają wykonywać trudne zadania w pobliżu wroga. B-52 będą im pomagać z dystansu.

Co ciekawe ze starymi B-52 przegrały znacznie młodsze bombowce B-1 (produkcja głównie lata 80.) i B-2 (głównie lata 90.). Pentagon uznał, że ich załogi lepiej będzie przesadzić do stosunkowo podobnych B-21 zamiast przeszkalać te z zupełnie innych B-52, które na dodatek można mniejszym kosztem zmodernizować i utrzymać w powietrzu jeszcze kilkadziesiąt lat.
media

„Amerykanie i tak nie planują wysyłać powolnych oraz świetnie widocznych dla radarów B-52 tam, gdzie mogą napotkać zagrożenie.” Zapewne planują je wykorzystać do bombardowania bezbronnych pasterzy kóz w Afganistanie i innej ludności cywilnej mało podatnej na przyjęcie amerykańskiej demokracji.

Dzień Dobry Bardzo. Czwartek 24 stycznia 2019 – Światowy Dzień Środków Masowego Przekazu, Dzień Wodoleja.

Imieniny dziś obchodzą: Babilas, Chwalibog, Felicjan, Franciszek Salezy, Ksenia, Milena, Mirogniew, Rafał, Urban, Teodor, Tymoteusz. Solenizantom składam najlepsze życzenia.

Z kalendarium:
1860 – Francuski wynalazca pochodzenia belgijskiego Etienne Lenoir otrzymał patent na pierwszy użyteczny silnik spalinowy (dwusuwowy, jednocylindrowy, pracujący na mieszance gazu miejskiego i powietrza, o mocy 8,8 kW.)
1932 – Rząd hiszpański uchwalił rozwiązanie Towarzystwa Jezusowego (jezuici) i konfiskatę jego mienia.
1935 – W Newark w amerykańskim stanie New Jersey Gottfried Krueger Brewing Company wypuściła na rynek pierwsze piwo w puszce aluminiowej.
1972 – W dżungli na Guam znaleziono japońskiego żołnierza Shoichi Yokoi, ukrywającego się od czasu zajęcia wyspy przez wojska amerykańskie w 1944 roku.
1975 – Radziecka stacja orbitalna Salut 3 spłonęła nad Pacyfikiem.
1978 – Radziecki satelita szpiegowski Kosmos 954, z reaktorem jądrowym na pokładzie, rozbił się w północno-zachodniej Kanadzie, powodując skażenie radioaktywne na obszarze 124 tys. km².
1979 – Coca-Cola weszła na rynek chiński.

Za oknem pochmurno. Temperatura w okolicy -4.

Życzę miłego dnia.

Pochodząca spoza Układu Słonecznego planetoida Oumuamua to jedno z najbardziej zagadkowych ciał kosmicznych, jakie w ostatnich latach udało się odkryć astronomom.

Jak się okazuje, teoria według której obiekt ten jest obcym statkiem kosmicznym wciąż znajduje wsparcie naukowców z uniwersytetu Harvarda.

Warto nadmienić iż są to ci sami badacze, którzy głosili podobne tezy pod koniec 2018 roku, wywołując tym samym kolejną falę zainteresowania dziwną asteroidą.

Profesorowie Abraham (Avi) Loeb oraz Shmuel Bialy pracują na Uniwersytecie Harvarda. Ich zdaniem Oumuamua może być czymś w rodzaju statku kosmicznego, który jest pokryty jakimś typem żagla kosmicznego. Tego typu napęd wykorzystuje ciśnienie światła gwiazdy i wywierane przez cząstki wiatru słonecznego do nadania pojazdom prędkości.

Sztuczne pochodzenie obiektu było już przedmiotem badania za pomocą urządzeń radiowych, ale nie wykryto żadnych sygnałów pochodzących z Oumuamua. Szczególnie interesujący wydawał się jednak sposób poruszania się obiektu w przestrzeni kosmicznej. Chodzi konkretnie o to, że w niezrozumiały sposób przyspieszał on i zmieniał kierunek lotu podczas samego zbliżenia do Słońca. Zupełnie, jakby ktoś nim sterował

Temat pozaziemskiego pochodzenia obiektu powrócił ponownie za sprawą wywiadu udzielonego przez wspomnianego wcześniej Avi Loeba. Mężczyzna twierdził w nim, że obca cywilizacja usiłowała skontaktować się z nami przy użyciu pojazdu znanego przez nas jako Oumuamua (czyli z hawajskiego wędrowiec), jednakże my nie byliśmy w stanie odebrać nadawanego przez nich sygnału.

Badacz odnosił się między innymi do kwestii orbity tego obiektu, która nie sprawiała wrażenia, jakby była kreowana jedynie siłą grawitacji Słońca. Zasugerował, że za zmiany w orbicie obiektu musiała być odpowiedzialna jakaś nieznana siła.

Niezależnie, czy uznamy to za naturalne zjawisko fizyczne czy też dowód na istnienie obcych cywilizacji, nie, wygląda na to, aby dyskusja na temat pierwszego gościa spoza Układu Słonecznego miała ucichnąć.
media

Moim skromnym zdaniem, to jakiś odpad pozostały po stworzeniu świata. A mógł Bóg z niego zrobić coś fajnego… Obsesja na punkcie obcych cywilizacji trzyma ma się dobrze… 😉

Polska zagrożona niszczącym trzęsieniem ziemi.

Potworny huk zagłusza wszystko dokoła. Ziemia zaczyna tańczyć ludziom pod nogami. Na ulice lecą cegły z kołyszących się budynków. Po chwili walą się całe ściany. Samochody wpadają na siebie, tworząc gigantyczne karambole… Do tej pory podobne zdarzenia Polacy znali wyłącznie z filmów i doniesień ze świata w telewizyjnych dziennikach. Niestety, niebawem może się to zmienić…

Silne trzęsienie w Polsce jest prawdopodobne – uważają naukowcy. To, że nie wystąpiło u nas przez kilka wieków, nie ma tu nic do rzeczy. Wbrew pozorom wcale nie jesteśmy krajem asejsmicznym, czyli takim, w którym trzęsienia ziemi są niemożliwe.

Tak naprawdę grozi nam nawet trzęsienie o sile 6 stopni w skali Richtera, czyli takie, które może doprowadzić do zawalenia się niektórych budynków – twierdzą naukowcy z Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk.

Dla porównania: trzęsienie z 2003 roku, które zmiotło całkowicie z powierzchni ziemi irańskie miasto Bam, miało siłę 5,9.

Polska znajduje się na tak zwanym szwie w strefie Teisseyra-Tornquista. Innymi słowy – żyjemy na krawędzi łączącej dwie płyty tektoniczne, które uderzając o siebie, mogą wywołać trzęsienie. Krawędź ta przebiega od Kołobrzegu po Przemyśl.

Kiedy ziemia się zatrzęsie? Okazuje się, że może to nastąpić w każdej chwili. Odczuwalne, naturalne trzęsienia zdarzają się w Polsce co 5-10 lat, ale tak naprawdę nie da się ich przewidzieć.

W ostatnich latach urządzenia pomiarowe rejestrują coraz więcej tych zjawisk – dodaje. – Niektóre zdarzenia były dla naukowców zaskakująco silne – dodaje ekspert.

Co nam grozi? W przypadku trzęsienia o sile 6 stopni mogą zawalić się domy. Nie rozpadną się tylko te bloki z wielkiej płyty, które są prawidłowo wykonane, ale nawet w tych dobrze zbudowanych powstaną szkody powodujące konieczność wyburzenia takich budynków w ciągu paru lat.

Największe trzęsienie w Polsce odnotowano w XVIII wieku, miało siłę 5,7 stopnia w skali Richtera, a współcześnie dużym zaskoczeniem były straty po wstrząsie podhalańskim w 2004 roku. Teoretycznie wstrząsy mogą u nas dochodzić do 6 stopni, a nawet lżejsze potrafią doprowadzić do znacznych szkód, tak było np. w 2003 roku w Iranie i w latach 90. w Armenii, gdzie wstrząsy o sile 5,9 stopnia doprowadziły do ruiny całych miast.

Polska dzieli się na pięć odrębnych rejonów sejsmicznych, z których można dodatkowo wyodrębnić podjednostki Śląska oraz Zapadliska Przedkarpackiego.

Najbardziej aktywne sejsmicznie są pogranicza słowackie i czeskie. Wiąże się to z młodym wiekiem Karpat oraz stosunkowo dużą sejsmicznością Masywu Czeskiego – jednostki tektonicznej, której północną granicę stanowią Sudety.
media

Mamy zacząć się bać? Do tej pory wydawało się że nami nie zatrzęsie.

Statki obcych wysysają energię ze Słońca.

W okolicy Słońca obserwowane są dziwaczne anomalie. Niektórzy sugerują, że to, co czasem zauważają satelity monitorujące naszą gwiazdę to nie błędy matryc CCD, lecz realne obiekty pojawiające się w okolicach naszej gwiazdy.

Tajemniczy obiekt wygląda tak, jakby był otoczony polem ochronnym w kształcie sfery. Podobne rzeczy widziano już kilkukrotnie, w tym przynajmniej dwa razy zaobserwowano „obiekty”, które miały pobierać ze Słońca plazmę.

Nagranie ostatniego zjawiska umożliwiły urządzenia zamontowane na solarnym obserwatorium kosmicznym SOHO. Rozmiar dziwnego obiektu wraz z polem siłowym jest imponujący i ufolodzy szacują go na 164 tysiące kilometrów. To wielkość odpowiadająca kilkunastu Ziemiom lub Jowiszowi. Na powierzchni rzekomego obiektu, przy jego lewej krawędzi, można dostrzec wzór podobny do pięciokąta. Niektórzy twierdzą, że może być to jakaś struktura na powierzchni pojazdu.

Ufolodzy nie pierwszy raz odnajdują dowody na obecność w pobliżu Słońca dużych obiektów. Istnieje teoria, że to ogromne obce statki, które gromadzą się wokół Słońca, aby naładować napędy.
media

To może tłumaczyć dlaczego zniknęły plamy na Słońcu, stoją za tym obcy… wysysający energię z naszego Słońca.

Amerykańska broń chemiczna do dziś zabija Wietnamczyków.

Wojna w Wietnamie, podczas której Amerykanie stosowali broń chemiczną, wywarła katastrofalny wpływ na tamtejsze społeczeństwo. Choć minęło wiele lat od zakończenia wojny, w Wietnamie wciąż rodzą się zdeformowane dzieci.

Wojna w Wietnamie wybuchła w 1957 roku. Konflikt toczył się między Wietnamem Północnym i Wietnamem Południowym. W 1964 roku, Stany Zjednoczone oficjalnie stanęły po stronie tego drugiego państwa i rozpoczęły zakrojone na szeroką skalę działanie zbrojne.

Choć Amerykanie mieli faktyczną przewagę w postaci zaawansowanej broni i lotnictwa, słabo wyposażeni komunistyczni partyzanci ukrywali się w dżunglach, przypuszczali ataki z zaskoczenia i organizowali zasadzki. Stany Zjednoczone zaczęły więc używać broni chemicznej – tęczowych herbicydów, które niszczyły wszelką roślinność.

Najpopularniejszym z nich był tzw. Agent Orange, wyprodukowany przez koncerny Dow Chemical i Monsanto, ale stosowano również Agent Green, Agent Pink, Agent Purple, Agent Blue i Agent White. Wszystkie wymienione chemikalia były spryskiwane nad Wietnamem.

Defoliacja doprowadziła do opadania liści z drzew, przez co partyzanci stracili swoją naturalną ochronę i stali się podatni na ataki z powietrza. Broń chemiczna niszczyła również uprawy, które zapewniały pożywienie dla wietnamskich partyzantów. Opryski chemiczne trwały w latach 1962-1971 w ramach operacji Ranch Hand. Amerykańskie lotnictwo zrzuciło łącznie około 80 milionów litrów chemikaliów na powierzchni ponad 77 tysięcy km kwadratowych.

Stany Zjednoczone twierdziły, że Agent Orange i inne toksyczne związki chemiczne nie będą stanowić długofalowego zagrożenia dla zdrowia ludzi. Nawet gdy Wietnam Północny zaczął publicznie pokazywać pierwsze ofiary oprysków chemicznych, Amerykanie uznali to za komunistyczną propagandę. Tymczasem ofiar było coraz więcej.

Minęło już ponad 40 lat od zakończenia tej tragicznej wojny. Dziś wszyscy wiemy, że Agent Orange i inne herbicydy tęczowe, które zrzucano nad Wietnamem, wywarły katastrofalny wpływ na zdrowie ludzi wystawionych na ich działanie, a także na przyszłe pokolenia.

W Wietnamie do dnia dzisiejszego rodzą się dzieci z poważnymi deformacjami, które cierpią na choroby psychiczne i neurologiczne, są podatne na choroby nowotworowe i mają wiele innych problemów zdrowotnych.

Niemal 5 milionów ludzi zostało wystawionych na bezpośrednie działanie amerykańskiej broni chemicznej. Ponad 400 tysięcy zginęło, lub zostało trwale okaleczonych.

Wietnamski Czerwony Krzyż szacuje, że obecnie nawet milion ludzi jest niepełnosprawnych lub posiada pewne problemy zdrowotne, wynikające z zastosowania herbicydów tęczowych w latach 1962-1971. Wśród nich jest około 150 tysięcy dzieci.

Trujące związki chemiczne do dziś występują w glebie, żywności, w wodzie, a nawet we krwi wielu Wietnamczyków.

Dr Wayne Dwernychuk, który przez ponad 15 lat badał efekty stosowania toksycznych defoliantów twierdzi, że Agent Orange będzie wywierał wpływ na zdrowie i ingerował w kod genetyczny nawet 12 kolejnych generacji.

„Pamiątka” po tej wojnie będzie przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ani Stany Zjednoczone, ani firmy produkujące herbicydy tęczowe nigdy nie wypłaciły odszkodowań za zbrodnie dokonane na Wietnamczykach.
media

USA – państwo które zaczęło swą historię od holokaustu Indian i nigdy nie odpowiada za swoje zbrodnie. Prawie za każdym konfliktem na świecie stoją czarne charaktery z USA.

Demokracja amerykańska – gówna religia na kontynencie północnoamerykańskim, głoszona po świecie przez misjonarzy zwanych też żołnierzami.