Kard. Dziwisz – droga na książęcy zydel.

Zaczęło się od Wawelu, potem były dziwne historie z relikwiami i błogosławieństwo Jana Pawła II dla polskiego bramkarza. Wydawało się, że kard. Stanisław Dziwisz może zmienić polski Kościół. Został tylko cień.

Przemysław Tytoń obronił karnego w meczu z Grecją dzięki wstawiennictwu Jana Pawła II – ogłosił kard. Dziwisz po meczu otwarcia Euro 2012. „Głęboko wierzę, że pomagał mu w tym momencie” – dodał kardynał. Internauci natychmiast przystąpili do ataku: „Słusznie prawisz! Tylko czemu JP2 nie pomógł piłkarzom wygrać meczu? To już zaczyna być chore”.

Przez 27 lat kard. Dziwisz był szarą eminencją Watykanu. Nazywano go wicepapieżem albo selekcjonerem, bo to on decydował, kto i co trafia do Jana Pawła II. Sam siebie nazywał cieniem. Biskupowi Pieronkowi powiedział kiedyś: „Mnie nie ma. Rozumiesz? Nie ma. Ja nie istnieję. Ja jestem cień”. Kiedy w 2005 r. został metropolitą krakowskim, musiał zacząć istnieć. Jednak zamiast nabierać pewności w nowej roli, coraz bardziej tracił grunt pod nogami. I papieską spuściznę, której chciał strzec, rozmienił na drobne.

Gdyby Stanisław Dziwisz nie spotkał Karola Wojtyły, wiódłby pewnie żywot wikarego migrującego od parafii do parafii, który po latach dochrapuje się funkcji proboszcza. Początki, jak sam kiedyś przyznał, miał traumatyczne. W pierwszej parafii, do której trafił po krakowskim seminarium, zaatakowały go psy. Uciekł na cmentarz, wdrapał się na najwyższy krzyż. Dyndającego księdza zobaczyła pobożna parafianka. Przerażona zapytała, czy to jakiś znak? Tak – odparł. – To znak, aby się stale podciągać.

Okazja trafiła się po trzech latach. Został kapelanem krakowskiego biskupa Karola Wojtyły. Szybko się okazało, że Dziwisz potrafi zająć się papierkową robotą, a jednocześnie dbać o pryncypała. Organizował wizyty i pakował Karolowi Wojtyle walizki. Gdy krakowski kardynał został papieżem, pierwszą osobą, którą wezwał po konklawe do siebie, był właśnie Dziwisz. „Stasiu, czy ty się nie dziwisz?” – zapytał w progu. Stasio został osobistym sekretarzem Ojca Świętego. Był teraz nazywany Don Stanislao.

W jednym z niedawnych wywiadów kard. Dziwisz mówił: „Całe moje życie było związane z Janem Pawłem II. Jestem przekonany i doświadczyłem tego, że w tej chwili on jest ze mną bardziej niż ja z nim. Może za życia było odwrotnie. I to, że jest ktoś, kto śledzi moje kroki, przynosi mi spokój wewnętrzny”.

Funkcję metropolity krakowskiego otrzymał od papieża Benedykta XVI dwa miesiące po śmierci Jana Pawła II. Jedni mówili, że chodziło o pozbycie się Dziwisza z Watykanu, inni, że to scenariusz napisany przez Jana Pawła II. To Karol Wojtyła uczynił Dziwisza biskupem, a potem arcybiskupem. Już od Benedykta XVI dostał kapelusz kardynalski. Papiescy sekretarze nie zwykli otrzymywać tak wysokich nominacji. Dostał też jedną z najważniejszych polskich diecezji, na czele której stały wcześniej silne osobowości – Adam Sapieha, Karol Wojtyła, Franciszek Macharski.

Dla krakusów różnica między Macharskim a Dziwiszem jest uderzająca. Macharski pochodzi z inteligenckiej rodziny, jest gruntownie wykształcony, ale i bardzo skromny, można go spotkać na spacerze po Plantach. I Dziwisz, syn kolejarza z małopolskiej wsi, z doktoratem zrobionym już w czasach watykańskich, nie wypuszcza się na krakowskie ulice inaczej niż w limuzynie, odizolowany od wiernych. O jego kurii mówi się: dwór na wzór Watykanu.

  • Krakowska kuria to zawsze było miejsce, gdzie przychodziło się z różnymi sprawami. Od ratowania komuś życia po skargę na sąsiadkę – mówi jeden z krakowskim księży. – A do kardynała Dziwisza trzeba się zapisywać, składać podania o przyjęcie jak w urzędzie. Ja na audiencję czekam już drugi miesiąc.

Mieszkańcy Krakowa pamiętają Dziwiszowi i to, że dostali go niejako w pakiecie. Poprzedni metropolita Franciszek Macharski na swego następcę przez lata szykował Kazimierza Nycza. Dziś Nycz jest metropolitą warszawskim, ale wcześniej na kilka lat trafił do Koszalina, by zrobić Dziwiszowi miejsce.

  • Kardynał Dziwisz za swe główne posłannictwo uznał rolę kustosza pamięci po Janie Pawle II – mówi prof. Michał Rożek, krakowski historyk sztuki i wspomina zabawną sytuację sprzed paru lat, gdy napisał książkę „Mężowie niezłomni” o Adamie Sapiesze i Karolu Wojtyle. Kardynał Dziwisz jako pierwszy stawił się na targach książki, gdzie książka Rożka miała swą premierę. Chciał koniecznie zobaczyć, czy o jego papieżu nie napisano czasem czegoś, co mogłoby zaszkodzić procesowi beatyfikacyjnemu Jana Pawła II.

W pierwszych latach w Krakowie kard. Dziwisz potrafił zaskoczyć wszystkich odważnym wystąpieniem przeciwko ojcu Tadeuszowi Rydzykowi. To wtedy szef Radia Maryja nazwał prezydentową Marię Kaczyńską czarownicą. Episkopat przygotowywał list wzywający Rydzyka do opamiętania, ale nie chciał wyciągać wobec redemptorysty żadnych konsekwencji. Dziwisz uznał to za błąd i odrębne stanowisko ujawnił w mediach, co stanowiło złamanie świętej zasady tajności biskupich obrad. Był sierpień 2007 r., w październiku, na dwa dni przed wyborami parlamentarnymi, kard. Dziwisz przyjął u siebie Donalda Tuska. Była to nietypowa dla polskiego Kościoła demonstracja sympatii politycznych, bo większość hierarchów popierała wówczas PiS.

Dziwisza okrzyknięto głową Kościoła łagiewnickiego (czytaj: otwartego na zmiany) w opozycji do Rydzyka – lidera Kościoła toruńskiego (czytaj: konserwatywnego). Krakowski metropolita zaczął uchodzić za tego, który może uwolnić Kościół od dyktatu Radia Maryja i zaczęto wskazywać go jako kandydata na kolejnego przewodniczącego Episkopatu Polski.

Problem jednak w tym, że Stanisław Dziwisz nigdy nie miał natury wojownika. W watykańskich czasach najczęściej wypowiadane przez niego zdanie brzmiało: „Zobaczymy, co da się załatwić”. A że wpływy miał wielkie, to wszystko szło jak z płatka. W Krakowie wiele się zmieniło. Jako metropolita musiał brać odpowiedzialność za podejmowane decyzje i składane deklaracje, a jego wpływy w episkopacie okazały się niewielkie. Występując przeciwko większości konserwatywnych hierarchów, naraził się na ich niechęć i szybko pojął, że może to pokrzyżować realizację najważniejszego z jego punktu widzenia przedsięwzięcia – budowę Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się”.

Zaczął się lękać i zmieniać zdanie. Polityków PO nazwał judaszami, którzy uważają się za katolików, a popierają in vitro. Wydał wojnę Janowi Tomaszowi Grossowi za książkę „Strach” opisującą polski antysemityzm w latach powojennych. Próbował uciszyć ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który chciał lustrować kościelnych hierarchów. W 2010 roku po katastrofie smoleńskiej, ku zaskoczeniu wielu, zgodził się na pochówek na Wawelu Lecha i Marii Kaczyńskich.

Gdy nieoficjalna informacja o wawelskim pochówku zaczęła krążyć po Polsce, komórka ówczesnego sekretarza kard. Dziwisza, ks. Dariusza Rasia, dzwoniła bez przerwy. Odpowiadał SMS-em: „Szanse na zmianę decyzji małe. Kardynał jest do niej przekonany”. Jeden z krakowskich księży mówi: – Kardynał jest jak minister, podejmując decyzje, musi mieć świadomość, jakie będą konsekwencje dla całego rządu, dla kraju. U kardynała Dziwisza takiego myślenia nie ma. Działa pod wpływem emocji, myślę nawet, że dziś żałuje decyzji o Wawelu. Bo ona uświadomiła wielu ludziom, że uczynienie kard. Dziwisza metropolitą krakowskim było nieporozumieniem.

  • Kardynał pokazał, że jako gospodarz Wawelu nie ma kompletnie wyczucia, czym to miejsce jest dla Polaków. Dopuścił się desakralizacji Wawelu i Polacy mu tego nie wybaczą – mówi Leszek Mazan, dziennikarz i autor książek o Krakowie. O Dziwiszu zaczęto mówić: „Prywatnie fajny gość, ale funkcja kardynała go przerosła. To proboszcz, który dostał diecezję za parafię”.

Od czasu historii z pogrzebem na Wawelu kard. Dziwisz się zmienił. Zaczął podejmować niezrozumiałe decyzje: wydał zgodę na pochówek innej ofiary katastrofy smoleńskiej, Janusza Kurtyki, w Panteonie Sławnych Polaków i w przeddzień pogrzebu, pod wpływem krytyki, z tej zgody się wycofał. Wydał zakaz grania świeckiej muzyki w kościołach, po czym również po fali krytyki z niego zrezygnował. Najwięcej oburzenia wywołało jednak szafowanie papieskimi relikwiami: włosy, skrawki sutanny, a nawet ułamany ząb Jana Pawła II. I krople krwi papieża. Jedną z nich podarował kierowcy rajdowemu Robertowi Kubicy, który uległ wypadkowi.

  • Nie mogłem wtedy wyjść ze zdumienia – opowiada Leszek Mazan – bo tak się składa, że byłem jedną z pierwszych osób, której kardynał pokazał ampułkę z papieską krwią. Rozmawialiśmy, czy serce Jana Pawła II powinno wrócić do Polski i wtedy on powiedział: „Mnie ta relikwia niepotrzebna, ja mam swoją” i wyciągnął z szuflady biurka ampułkę z krwią. Pamiętam błysk w jego oczach, widać było, że pokazuje mi coś, co jest niezwykle dla niego ważne i nagle tę kroplę oddaje kierowcy rajdowemu. I nie robi tego osobiście, ale przez dziennikarza telewizyjnego.

Kardynał Dziwisz zaskakiwał coraz bardziej. W Boże Ciało stanął w obronie Telewizji Trwam i ojca Rydzyka, twierdząc, że „uczą szacunku dla ludzi inaczej myślących”. Zdradził też włoskiej telewizji, że jest w posiadaniu kasety z ostatnimi słowami papieża wypowiedzianymi półtora miesiąca przed śmiercią, tuż przed zabiegiem tracheotomii, po którym papież nie mógł już mówić. Przez lata był cieniem papieża, dziś jest jak własny cień.
newsweek.pl

Nie dało się zrobić z proboszcza księcia kościoła, ciekawe co czułby jego pryncypał gdyby mógł to zobaczyć? W końcu to JP II zgotował nam ten los i posadził pokojowca na książęcym zydlu.

Ernesto Che GO

Autor: Ernesto Che GO

Myślę, że jestem, więc jestem. Tak myślę.

Dodaj komentarz